wtorek, 4 sierpnia 2015

"Lato koloru wiśni" Carina Bartsch

[Źródło]

 Witam was, kochani, bardzo serdecznie!
Wybaczcie za brak podsumowania miesiąca tutaj, ale musiałam połączyć to z book haulem, bo zwyczajnie mój wynik czytelniczy był bardzo mizerny. Jeżeli zechcielibyście zobaczyć jedno i drugie, a jeszcze w ramach gratisu - unboxing - serdecznie zapraszam na mój kanał: O książkach inaczej .

Dziś jednak zamierzam zrecenzować dla was kolejną książkę, a mianowicie: "Lato koloru wiśni".
Powieść opowiada historię Emely, dwudziestotrzyletniej Niemki, która studiuje literaturoznawstwo w Berlinie. Jej najlepsza przyjaciółka - Alex - przeprowadza się właśnie do tego samego miasta, lecz jest jeden mały szkopuł. Owa przyjaciółka ma mieszkać ze swoim starszym bratem - Elyasem, z którym Emely łączy specyficzna przeszłość. Na domiar złego chłopak zaczyna zachowywać się wobec niej co najmniej dziwnie... a do tego jeszcze na jej skrzynkę e-mail przychodzą wiadomości od nieznajomego. I co tu zrobić z takim życiem?

Zacznijmy od fabuły. Powieść została zapewne dokładnie rozrysowana pod tym względem dużo wcześniej przed powstaniem. Nic, bowiem, nie dzieje się bez przyczyny, ciąg przyczynowo-skutkowy jest bardzo dobrze zachowany, choć czasami w pewien sposób "ciągnięty" przez infantylne podejście głównej bohaterki. Akcja jest żywa, poprowadzona wartko, choć wybitnie nie zwięźle. Jedyny problem jaki można tu zauważyć to jej schematyczność. "Lato koloru wiśni" jest świetnym przedstawicielem swojego gatunku; są tu takie elementy jak romans, przyjaźń, więcej niż jeden obiekt uczuć, problemy w przeszłości i głębokie rozważania. Jednak mankamentem tego jest fakt, że da się przewidzieć co się zdarzy za dziesięć stron, jeśli już obierze się pewien dość oklepany tok myślowy. Książka nie wybija się pod tym względem, ale jeżeli Tobie, drogi czytelniku, nie przeszkadza schematyczność albo jest to Twoje pierwsze spotkanie z tym gatunkiem, albo lubisz urok powieści YA, to nie będzie to dla Ciebie żaden problem, jeśli jednak ktoś już ma za sobą dużo powieści tego typu, a nie należy do trzech powyższych kategorii - został przeze mnie ostrzeżony.

Kolejnym tematem są bohaterowie. I tu mogłabym długo rozpływać się nad ich przygotowaniem. Widać, że autorka poświęciła im sporo pracy - każdy z nich ma określone cechy i zachowania, o których pisarz nie zapomina, i które zapadają w pamięć. Dokładnie opisany jest ich wygląd, dogłębnie możemy poznać ich charakter. Normalnie cud, miód i orzeszki pod względem technicznym! Mnie jednak trudno się było z nimi zżyć. Brakowało mi ich wnętrza, emocji, nie czułam tego, po prostu byli jakby parą aktorów zaprogramowanych na odegranie danych im ról. Nie czułam iskrzenia, nie czułam wagi przeszłości. Brakowało mi ludzi w ludziach. Bohaterowie są jednocześnie potwornie realistyczni - bo to oni nadają powieści niezwykłego realizmu, które aż bije od zadrukowanych kartek, zdaje się, jakby z Twoich rówieśników zdjęto skórę i przeniesiono ich do świata literackiego - i zupełnie surrealistyczni, jakby nigdy nie mogli być prawdziwi.

Książka nadrabia jednak językiem, który jest prosty, przyjemny i bardzo wciągający. Nielubiana przez mnie narracja pierwszoosobowa nie daje się we znaki, a całość jest ogromnie wciągająca! Niech świadczy o tym fakt, że skończyłam ją czytać o 4:30! Autorka ma tendencję do obszernych opisów, praktycznie po każdym wydarzeniu mamy kilka stron myśli naszej bohaterki na ten temat, ale nawet to nie psuje całości, bo opisy są bardzo obrazowe i nie ZBYT długie. 

Ogólna ocena ode mnie to 7/10. Jak sądzę - w pełni zasłużone.
Prawdopodobnie nie jest to opinia podobna do większości. Choć książka niezwykle mi się podobała, na swoje usprawiedliwienie powiem, że nie dogaduję się z niemieckimi autorami. Ani kultura niemiecka, ani język nie przemawiają do mnie, a wręcz żywimy do siebie znaczącą wrogość. Nic więc dziwnego, że i z autorami mam to samo.
Mam nadzieję, że recenzja wam się podobała, a tu macie wersję filmową:


Czekam na wasze komentarze i pozdrawiam was ciepło!

CZYTAJCIE, KOMENTUJCIE I PODAJCIE DALEJ!

środa, 29 lipca 2015

R.I.P. IT OR SHIP IT BOOK TAG

Dwie piękne kobiety rozsądzają losy zakochanych...
Brzmi ciekawie, czyż nie?

Filmik nie był przygotowywany, więc przepraszam za wszystkie słowa, które niepotrzebnie nam się wymsknęły... no cóż, to chyba wina tych emocji...




CZYTAJCIE, KOMENTUJCIE I PODAJCIE DALEJ!

poniedziałek, 27 lipca 2015

Moim skromnym zdaniem... o kupowaniu książek

[Źródło]

Po krótkie przerwie... znów jestem z wami! Tęskniliście? :)



Kochany czytelniku,
Przyznaj się, nie masz jeszcze osiemnastu lat? Ani stałej pracy?
A jednak... serce i dusza podpowiada, by założyć własną biblioteczkę, która w pewnym momencie zajmie cały pokój, nie pozostawiając, w swej zachłanności, ani milimetra wolnego miejsca?
Czy książki na półkach w empiku, czy matrasie, szepczą ci do ucha: "Weź mnie... jestem na promocji!"?

Jeżeli choć część odpowiedzi się zgadza i czytasz dziś te słowa, by odnaleźć kilka rad na zapełnienie wolnej półki pachnącymi tomiszczami, to jesteś we właściwym miejscu :)

Zacznijmy od tego, po co mieć własną biblioteczkę?
Przez całą podstawówkę i gimnazjum, nie miałam własnych zbiorów książkowych. Tyle co dostałam na prezent, czy za świadectwo z paskiem, na akademii szkolnej. Moje czytelnicze zapędy koiłam w bibliotece, która znajdowała się w pobliżu mojej podstawówki. Co prawda skutkowało to tym, że po kilku latach na dziale dziecięco-młodzieżowym nie było książki, której nie przeczytałabym raz, a nawet kilka, ale komu to przeszkadzało?
Dopiero w liceum przestałam mieć czas. Dosłownie i w przenośni. Ci, którzy już to przeżyli, zrozumieją, że kwadrans marszu w jedną stronę do biblioteki, to jak wyrwanie połowy dnia - zwłaszcza, kiedy chodzi się na drugą zmianę, czyli kończy lekcje w okolicach 17:00, o powrocie do domu nie wspominając.
Na moje szczęście, w mojej klasie znalazłam pewne szlachetne panie, również książkoholiczki, które postanowiły poradzić mi cudowny sposób - kupuj książki! (Nawiasem mówiąc, pozdrawiam je bardzo serdecznie :))
Możecie się zdziwić, ile czasu zaoszczędza człowiek posiadając własne książki. Wciąż jest kolejka nieprzeczytanych (dziś liczyłam z kuzynką, że mam ich ok. 70), a nigdzie nie trzeba się spieszyć, nie ma stresu, że dostanę karę, za nieoddanie w terminie. I choć absolutnie nie potępiam bibliotek, a nawet darzę je miłością sentymentalną, to posiadanie własnego księgozbioru napawa książkoholika pewną specyficzną dumą i tym jednym, jedynym rodzajem szczęścia. To jak człowiek uzależniony od słodyczy, który ma szafkę pełną czekolad i cukierków, który dawkuje sobie to szczęście zamknięte za drewnianymi drzwiami.
Poza tym, ileż radości daje sam proces kupowania! Gdy ze świadomością posiadania jakiegoś kapitału, człowiek uzależniony od słowa pisanego może przechadzać się pomiędzy obiektami swoich uczuć. Nie tylko przechadzać... może je trzymać w ręce, a już za chwilę jedną z nich może przygarnąć do serca i zatopić się w jej soczystym wnętrzu... Tudzież ewentualnie na którejś ze stron podziwia szatę graficzną tych małych cudów, a nie mija kilka minut, gdy ktoś pakuje je do przesyłki, zaadresowanej tylko do niego... cud nad cudami!

Jak kupować książki?
Opowiem o tym, co zrobiłam ja i co robię nadal. Wszystko co opiszę, działo się jeszcze w zamierzchłych czasach, kiedy O książkach inaczej nie istniało ani tu, ani na youtube.com. Nie dość, że nie istniało, to jeszcze wtedy nie oglądało booktuberów, ani nie czytało blogów. Do wszystkiego dzielnie doszło samo.
  • Po pierwsze, zrobiłam listę książek, które absolutnie muszę mieć. Były to serie, o których wszyscy mówili, a których ja nie czytałam, choć byłam pewna, że mi się spodobają. Nie wybierałam książek "od czapy", starałam się dobrze przemyśleć wszystkie propozycje koleżanek, którymi zalały mnie na wyjeździe integracyjnym i wybrać to, bez czego moja dusza książkoholika obumrze, niczym kwiat bez wody.
  • Postanowiłam założyć biblioteczkę gdzieś w okolicach października/listopada, co dla mnie było terminem idealnym, gdyż mam urodziny na początku grudnia. Dzięki temu, że przygotowałam sobie listę MUST HAVE mogłam poprosić rodzinę i znajomych o dane książki na prezent - czy to na urodziny, czy na mikołajki, czy na święta (trochę tego tam jest). Uniknęłam nietrafionych prezentów, a moja biblioteczka powoli zaczęła się zapełniać. Pamiętam, że jednymi z pierwszych książek były serie: "Dary Anioła" i "Diabelskie maszyny" Cassandry Clare, "Igrzyska śmierci" Suzanne Collins oraz "Gra o tron" George'a R. R. Martina.
  • No... tyle, że tego typu okazje kończą mi się na początku lutego i teraz trzeba przeżyć resztę roku. Okej, jeśli ktoś ma litościwych rodziców, to raz na jakiś czas wpadnie mu jakaś książka w łapki, po prostu z ich dobrego serca (ja takich mam i bardzo im za to dziękuję), ale każdy książkoholik, który zaczął komponować biblioteczkę wie, że gdy się już rozpędzi na starcie, to trudno się zadowolić jedną książką na 2-3 miesiące. Dlatego serdecznie wam polecam zapisanie się do wszelkich grup, zajmujących się sprzedażą i kupnem książek, na facebooku. Grupy te, zrzeszają tysiące ludzi, którzy po niższych cenach sprzedają sobie nawzajem książki. Przykład: [KLIK]. Niestety będziesz zmuszony drogi czytelniku do wybrania z domowego (bądź swojego nikłego) księgozbioru książek, których już nikt nie czyta i leżą sobie i się kurzą (tylko błagam! Jeśli z domowego - spytaj rodziców!), ale te poniesione ofiary zostaną ci wynagrodzone - wystaw książki na tych grupach (ewentualnie na allegro, czy olx), a nagle w twojej kieszeni pojawi się nowiutki, świeżutki kapitał na nowe książki! Oczywiście jest wiele innych rzeczy, które możesz sprzedać; choćby makulatura. Kombinuj, kombinuj!
    Ostrzegam Cię jednak, żebyś nie nastawiał się na stosy złotych monet. Ceny książek należy znacznie obniżyć, w stosunku do ceny kupna oraz skonfrontować je z popularnością książki. Jednak jeśli sprzedasz kilka to już daje pewien kapitał na nowe książki.
  • Z rzeczonym kapitałem nareszcie możesz wyruszyć na łowy. Ale, ale! Rzecz w tym, by i łowy były dobrze zaplanowane. Czas, mój młody padawanie, na uruchomienie szlachetnego zmysłu książkoholika, jakim jest wyczuwanie promocji.
    Poszukaj tańszych księgarni i dyskontów książkowych. Nie tylko na internecie, ale i w swoim mieście. W Krakowie super tani skład książek jest choćby na ul. Grodzkiej. Szukaj największych upustów cen. A jeśli zatęsknisz za matrasem i empikiem to idź tam, oczywiście! Ale wtedy, kiedy są promocje - na początku wakacji, czy w okresie około świątecznym. Nie odrzucaj też książek używanych, one są jak te zagubione szczeniaczki, które szukają ciepłego domu, a oferują wiele dobrych emocji w zamian. 
  • I ostatnia rzecz. Szukaj konkursów i wygrywaj je. Tak, mówię poważnie. Startuj w jak największej ilości konkursów, choćby i książka ci się nie podobała. Dlaczego? Bo możesz ją sprzedać, geniuszu! Może ktoś widząc Twoje nazwisko na liście wygranych będzie zmartwiony... więc wejdzie na którąś z wyżej podanych stron i żałobnym geście kupna tej książki, choć ciut taniej, a tam... nowiutka, jeszcze cieplutka książeczka, którą właśnie ty wystawiłeś po niższej cenie. I co? On skacze ze szczęścia, a ty masz pieniądze na kupno tej książki, którą chciałeś. Proste? Proste.
Jeżeli książkoholik chce założyć biblioteczkę musi się stać niczym samiec alfa w stadzie wilków, najlepiej polować, ale także wykazywać się sprytem i kombinatorstwem.
To tylko, kilka rad, które mogą Ci w tym pomóc, ale do reszty musisz dojść sam, młody padawanie.
(Tak wiem, za dużo "Gwiezdnych wojen").

Tu macie wersję filmową tych kilku porad, a także krótkie info i malutki vlog, z tej krótkiej przerwy, kiedy mnie z wami nie było:



Czekam na wasze komentarze i subskrybujcie też mój kanał!

CZYTAJCIE, KOMENTUJCIE I PODAJCIE DALEJ!   

sobota, 18 lipca 2015

News! News! News! #1

Szanowni Państwo,
Witam was bardzo serdecznie w relacji z czytelniczego frontu O książkach inaczej. 
Jak zapewne państwo zauważyli, posty pojawiają się ostatnio rzadko, a od dwóch tygodni prawie wcale. Wiąże się to z tym, że obecnie osoba tworząca O książkach inaczej nie siedzi sobie spokojnie na swojej tylnej części ciała, tylko lata gdzie popadnie i przenosi się z miejsca na miejsce niczym bocian albo inny, jak państwo uważają, ptak wędrowny. 
W związku z tym, osoba ta zapobiegliwie przygotowała plan, aby zarówno państwa, jak i widzów z kanału, nie zostawić, jak to się mówi; na lodzie. 
W ciągu pierwszego tygodnia wakacji jednak plan ten został bezlitośnie pokrzyżowany przez złośliwą biurokrację, a osoba, tworząca O książkach inaczej, musiała przejąć funkcję dowódcy, na okres krótkotrwały, i zająć się wszystkim tak, aby było dograne, że bum cyk cyk, jak to kiedyś mówiła młodzież.
W przebłyskach wolnego czasu w tych ciepłych i zapracowanych dniach nagrała udało jej się nagrać kilka filmików, niestety na posty już zabrakło czasu.

Także serdecznie państwa zapraszam do oglądania filmików na moim kanale, które pojawiają się wciąż w miarę regularnie i rozweselają państwa twarze (przynajmniej mam taką nadzieję), w te ciężkie dni, kiedy człowiek najchętniej by się roztopił.
 Dodaję 2 ostatnie filmy, które się u mnie pojawiły i podaję LINK do mojego kanału na youtube.com (dla niezorientowanych <szept> trzeba kliknąć w LINK </szept>). Czekam na was!




 

poniedziałek, 29 czerwca 2015

"Obca" Diana Gabaldon

[Źródło]



Wreszcie, po trzech tygodniach mozolnego, acz całkiem przyjemnego wysiłku czytelniczego, mam dla was recenzję "Obcej" Diany Gabaldon.

Książka opowiada historię Claire - młodej, dwudziestosiedmioletniej Brytyjki, która żyje w XX w, tuż po zakończeniu II Wojny Światowej. Na początku historii spędza czas z mężem - Frankiem, by zrekompensować sobie nawzajem czas minionych lat pogrążonych w mrokach wojny (Claire była bowiem sanitariuszką, pracowała w szpitalach polowych, jej mąż jest zaś wybitnym genealogiem). Podczas ich wakacji, odbytych w Szkocji, Claire poprzez dziwny zbieg wypadków przenosi się dwieście lat wstecz. Z początku zagubiona i zrozpaczona, po pewnym czasie przyzwyczaja się do życia na zamku Leoch, wraz z klanem MacKenziech. W wyniku pewnych wypadków zostaje zmuszona do małżeństwa z młodym Szkotem - Jamiem. Jak potoczą się ich losy? I czy zdołają uchronić się przed psychopatyczną furią pewnego kapitana armii Angielskiej?

"Obca" ma niebywale wiele plusów.
Przede wszystkim, każde wydarzenie pociąga za sobą następne. Czyny naszych bohaterów mają swoje konsekwencje, nie pozostają niezrozumiałe. Każde wydarzenie jest dokładnie przemyślane, w tekście łatwo dostrzec, że autorka planowała jego treść. Akcja trzyma w napięciu, nie pozwala czytelnikowi się nudzić. Jest to zdecydowanie plus, ponieważ patrząc na długość książki, nuda byłaby dla niej zgubna.
Bohaterowie to wprost arcydzieło! Każdy z nich ma swoje cechy charakterystyczne. Claire nie jest rozlazła i rozdygotana, umie postawić na swoim i wykłócać się (chociaż przyznaję, czasami zachowuje się jak ostatnia idiotka). Jamie nie jest ideałem z wyglądu, ale z charakteru już bardziej - przyświeca mu honor, godność i ważne wartości. Pomimo swoich wad trudno go nie lubić. Bohaterowie poboczni - każdy z nich ma swoje znaczenie, nikt nie pojawia się przypadkowo. Każdy z nich również oddaje klimat Szkocji, cechy jej społeczeństwa, aby czytelnikowi łatwiej było się w książce "zadomowić".
Sam klimat natomiast to już mistrzostwo. Opisy nie nudzą, a wręcz zachęcają do wyobrażenia sobie krajobrazów, które zmieniają się w książce jak w kalejdoskopie. Wszystko jest tak dokładnie przedstawione, że jesteśmy w stanie nawet zobaczyć szczotkę do czyszczenia koni z tamtego okresu (choć stawiam, że zmieniła się niewiele). Autorka bardzo dobrze poznała kontekst historyczny, więc książka ma swój specyficzny klimat, lekko zalatujący smrodkiem stajni i niedomytych ciał.
Powieść aż razi pięknym językiem, od którego nie da się oderwać i który zauroczy czytelnika od pierwszych zdań.
Zdarzają się jednak pewne niedociągnięcia...
Przede wszystkim książki nie da się czytać "ciurem", trudno przeczytać sto stron dziennie, prawdopodobnie z powodu ogromu postaci oraz miejsc, które w trakcie akcji się przewijają.
Ponadto ciążyła mi pewna schematyczność: wszystkie wydarzenia są rozpisane w sposób: Dążymy do celu, no to na hura! Nie wyszło. Dążymy jeszcze raz. Poszczęściło się. Pomyśleliśmy nad planem. Wyszło.
Przez co dość łatwo przewidzieć przebieg kolejnych.
Trudna też do ogarnięcia jest przygniatająca ilość szkockich bohaterów, których imiona i nazwiska są w niektórych wypadkach prawie niewymawialne dla kogoś, kto nigdy z wymową szkocką języka angielskiego nie miał styczności. Mnie osobiście to przeszkadzało, ale starałam się tym nie przejmować, tłumacząc sobie, że przecież i tak nikt tego nie sprawdzi.
Nie wiem czy zaliczyć to na minus (bo dla niektórych to może być plus), że w powieści jest bardzo, Bardzo, BARDZO  duża ilość scen erotycznych. Właściwie nie przeszkadzają one w akcji książki, nawet nie odrzucają, ale jeżeli ktoś nie lubi takich rzeczy, nie toleruje ich, to może mu to w tej powieści przeszkadzać. Sceny te nie są opisane jakoś bardzo drastycznie, ale zdecydowanie polecam tę powieść osobom +16, które już coś z tej biologii wywnioskowały.

Tak więc, ja, osobiście, oceniłam "Obcą" na 8/10. Wydaje mi się, że ta książka jest cenna, ciekawa i umie przy sobie zatrzymać, ale ma swoje plusy i minusy.Moje oczekiwania spełniła, a nawet autorka z łatwością przewidywała to, co ja będę chciała przeczytać w tej powieści. Jednak wzorem Sashy z abookutopia jestem zdania, że dla Jamiego, w tej powieści można wiele przecierpieć i choćby dla niego sięgnę po kontynuację. Ale nie teraz. Chwilowo chyba nie przełknę już ani jednego słowa o Szkocie... no, na najbliższy tydzień? Dwa? 

Tu macie moje wynurzenia na ten temat w wersji filmowej:


CZYTAJCIE, KOMENTUJCIE I PODAJCIE DALEJ!

niedziela, 28 czerwca 2015

KSIĄŻKA CZY FILM? - "Czekolada" Joanne Harris

[Źródło]






W tle rozlegają się dźwięki całkiem niezłej piosenki... ("Shut up and Dance" WALK THE MOON - serdecznie polecam! [POSŁUCHAJ]), po mojej prawicy dumnie stoi wysoka szklanica coli... warunki idealne do pisania recenzji!

Dziś mam dla was książkę może nie najświeższą, może nie bardzo popularną, ale bardzo wartościową.
Dodatkowo mam jeszcze film z młodym, niesamowicie przystojnym Johnnym Deppem GRATIS!
Zainteresowani?



"Czekolada" to powieść, której akcja ma miejsce w latach sześćdziesiątych XX w., w malutkim miasteczku Lansquenet, na południu Francji. Główną bohaterką jest Vianne - młoda, dwudziestopięcioletnia kobieta, która przyjeżdża do tego miejsca wraz ze swoją córką - Anouk. Już od pierwszych chwil w mieście czuć jej inność. W miejsce opuszczonej piekarni otwiera chocolatier (taką cukiernię z wyrobami tylko z czekolady), w której sprzedaje czekoladki, używając niezwykłej umiejętności: Vianne wie kto co lubi i zawsze trafia w dziesiątkę. Jednak akcja książki głównie opiera się na konflikcie pomiędzy główną bohaterką a księdzem, proboszczem parafii w Lansquenet. Ksiądz widzi, że kobieta powoli jest akceptowana w małej społeczności, a nawet co nieco w niej zmienia, powód do nienawiści zawsze się znajdzie - choćby to, że Vianne nie wierzy w Boga i nie chodzi do kościoła, a przecież cała miejscowa ludność to katolicy. Dodatkowo jeszcze na biedną głowę proboszcza spadają brudni, dzicy cyganie, a ta baba jeszcze im pomaga.
Jak ten konflikt się zakończy?

Zacznijmy od książki.
Szczerze powiedziawszy nie spodziewałam się tego, co dostałam. Obstawiałam jakiś lekki, przyjemny romans, może jakiś drobny, zabawny konflikt z przedstawicielem kleru, ale nie trudną, bardzo inteligentną powieść, poruszającą, odzierającą z tabu naprawdę poważne tematy. 
Występują tu bowiem tematy dyskryminacji na tle rasowym, przemocy domowej, czy poszukiwania własnej tożsamości przez człowieka.
Nie są jednak podane lekko i przyjemnie. Czytelnik jest w nie wciągnięty, jakby zmuszony do stania między przysłowiowym młotem i kowadłem. Powieść odbiera mu jakąkolwiek możliwość obrony, stawia go przed tak realistyczną sytuacją, że ten czuje się jakby zamieszany w cały konflikt. Tekst nie tłumaczy cierpliwie, że tak się nie powinno robić, że to cecha człowieka złego. Raz za razem daje czytelnikowi siarczysty policzek, aby ten wreszcie się otrząsnął i coś wywnioskował.
Zdecydowanie powieść ma na celu przekazanie konkretnych wartości, naukę konkretnych zachować, ale sposób w jaki zostało to podane jest dość brutalny.
Zakończenie, które tu pozostaje otwarte, po tej trudnej drodze wydarzeń zawartych w książce, właściwie niczego nie rekompensuje, prawie można by je nazwać bezdennie głupim, a nawet - odbierającym resztki nadziei.
Natomiast jeśli zwrócić uwagę na sposób pisania, a nie na treść, to trudno tu mieć jakiekolwiek zarzuty. Bohaterowie są zbudowani doskonale - każdy z nich ma swoje charakterystyczne cechy; w mieszkańcach Lansquenet można dopatrzyć się różnych typowych cech francuzów, każdy z nich prowadzi ze sobą jakąś walkę, ma jakiś problem, który ma znaczenie dla całości utworu, Vianne jako główna bohaterka jest bardzo dobrze skonstruowana, nie jest wyidealizowana, sama ma wątpliwości i problemy wewnętrzne, choć dla życia małego miasteczka jest bardzo ważna, bo wiele w nim zmienia, głównym bohaterem męskim jest tu Roux - cygan, który emanuje wolnością ducha, jednocześnie dziki i zły, ale także dobry i o pięknym sercu, postać ta jest bardzo sprzeczna.
Język powieści jest bogaty, a opisy wspaniale oddają klimat Francji. Choć sama treść jest trudna, czyta się ją raczej szybko i umiarkowanie przyjemnie. Ponadto czytając, możemy aż poczuć zapach cudów, które są wytwarzane w chocolatier.
Mamy tu dwóch narratorów: proboszcza i Vianne.

Teraz przejdźmy do filmu.
Oczywiście podstawa jest taka sama: młoda kobieta przyjeżdża do małego miasteczka, z początku nieakceptowana, z czasem zmienia się i ten mały, zamknięty światek na lepsze. Różnic jest kilka: głównym wrogiem Vianne nie jest proboszcz (choć on też ma w tym swój niewielki udział) a burmistrz (prawdopodobnie nie chciano uderzyć w księży, w końcu nie wszyscy są tacy), troszkę inaczej wygląda historia Caroline Clarmont oraz sama postać Roux. Jednak muszę powiedzieć, że te zmiany wyszły filmowi na dobre.
Przede wszystkim adaptacja trzymała się zamysłu książki: pokazywała wartości, a jednocześnie zło, jakie niesie za sobą dyskryminacja, czy przemilczanie pewnych spraw. Niebyła natomiast aż tak brutalna, reżyser (Lasse Hallstrom) okrasił te naprawdę ciężkie tematy nutką słodyczy i delikatnego romansu. Wątek romantyczny nie narzuca się widzowi, jest tak samo realistyczny, jak całe przeniesienie książki na ekran - zachodzi etapami, bohaterowie powoli się do siebie przekonują. Dzięki temu widzowi jakoś łatwiej przełknąć to, czego film chce go nauczyć.
A choć wolę książkową Vianne (o dziwo), bo Juliette Binoche nie do końca przekonała mnie w tej roli, to stanowczo preferuję filmowego Roux w kreacji Johnny'ego Deppa. Aktor wyciąga z tej postaci wszystko co najlepsze. Czyni ją mniej niezrozumiałą, mniej sprzeczną. Prawdopodobnie, gdybym nie obejrzała filmu, nie poznałabym 
motywacji jego czynów, jego bardzo skomplikowanego wnętrza, które jednocześnie przyciąga i odpycha. Oczywiście wiadomo, że spora część tego sukcesu postaci pochodzi od scenarzystów, niemniej jednak, gdyby nie gra aktorska Johnny'ego, ciężko by było polubić Roux (tak, gra nie wygląd).
Zakończenie też jest o niebo lepsze!
Choć wciąż pozostaje otwarte, zdecydowanie pozostawia widzowi nadzieję, że być może życie bohaterów (nawet burmistrza!) jeszcze się ułoży.
Film nagrywany w pięknych francuskich miejscowościach, doskonale oddaje klimat książki, a to co powstaje w chocolatier, wprost zachwyca!
Następuje także zmiana narracji: historię swoją i Vianne opowiada Anouk.

W tej bitwie bezsprzecznie wygrywa film.
Jeżeli usiłuję czegoś nauczyć drugiego człowieka, coś mu pokazać, wolę zacząć od delikatnego nakłaniania, próby porozumienia, a nie od razu brutalnego pokazania realności omawianego tematu.
Może to wina konsumpcjonizmu? Może tego, że jestem przewrażliwiona?
Jednak wydaję mi się, że każdy z was wolałby obejrzeć przyjemny, acz mądry film obyczajowy, niż ekranizację o lekko psychodelicznym księdzu, któremu się pomieszało w dzieciństwie i trwa do teraz, póki dzierży jakąś (w tym wypadku dość ogromną) władzę. 

Na dziś to tyle,
Serdecznie zachęcam was do obejrzenia recenzji filmowej, w której znajdziecie trochę więcej wynurzeń emocji:

CZYTAJCIE, KOMENTUJCIE I PODAJCIE DALEJ!

środa, 24 czerwca 2015

"Gregor i Niedokończona Przepowiednia" Suzanne Collins

[Źródło]





"Pojawiam się i znikam, i znikam, i znikam" niczym Józek z piosenki Bajmu! 



Witam was książkoholicy, książkofile i inne czytające stworzenia! 
Witam i na powitanie od razu przepraszam, że znowu mnie nie było... tak, tak, zdarza mi się to całkiem często. Jednak moje życie tak jak i wasze jest pełne niespodzianek, a ostatnio spadała na mnie jedna za drugą. De facto - wszystko było tak, jakby cały świat nie chciał, żebym nagrała/napisała właśnie tą recenzję, którą mam zamiar was dzisiaj uraczyć.
Natomiast ja się nie poddałam i wygrałam tę batalię! Oto recenzja "Gregora i Niedokończonej Przepowiedni" Suzanne Collins. 

Historia przedstawia się tak:
Głównym bohaterem powieści jest dwunastoletni chłopiec - Gregor. Mieszka on w Nowym Jorku, razem ze swoją mamą i babcią oraz dwiema młodszymi siostrami, jego ojciec zaginął. Akcja książki rozpoczyna się w wakacje, kiedy starsza z sióstr wyjeżdża na obóz, a Gregor musi zajmować się domem, kiedy jego mama jest w pracy. W trakcie wykonywania zwykłego prania, z niewielką pomocą swojej dwuletniej siostry - Botki, Gregor przenosi się do uniwersum podziemia, które mieści się pod Nowym Jorkiem, a tamtejszy lud twierdzi, że właśnie do niego odnosi się Niedokończona Przepowiednia...

Poznałam Suzanne Collins i jej prozę, mniej więcej około rok, dwa lata temu, zaczytując się w "Igrzyskach Śmierci". Zrobiła na mnie ogromne wrażenie, ponieważ zarówno uniwersum Panem, jak i bohaterowie, czy określone wydarzenia były doskonale dopracowane, dobrze przedstawione, miały uniwersalny wydźwięk, a cała trylogia miała coś przekazywać, czegoś uczyć.
"Gregor..." to zupełnie inny typ literatury. Powieść skupia się na tym, aby dostarczyć czytelnikowi rozrywki, aby miał on szansę wejść w przygodę, którą przeżywają bohaterowie, i mógł w niej uczestniczyć. Książka ta, ma przede wszystkim na celu dawać radość z czytania i ten cel z pewnością udaje jej się osiągnąć.

Bohaterowie tej niezwykłej historii są bardzo zróżnicowani.
Chyba po raz pierwszy zdarzyło mi się, bym była nie do końca zadowolona z głównego bohatera - mężczyzny. W porównaniu do Katniss (a każdemu kto czytał "Igrzyska..." ciężko nie porównywać) Gregor wydaje się wręcz mdły i nijaki. Niektóre jego pomysły są bardzo naciągane, jest to postać bardzo skrajna i często przeskakująca z emocji na emocję, jak jakiś owad z kwiatka na kwiatek; raz jest zły, po czym zaraz smutny, aż nagle zaskoczony jakimś wnioskiem, do którego doszedł. Jednak za Gregora nadrabia jego siostra - Botka, dzięki której akcja jest o wiele weselsza i dzięki której dochodzi do wielu zabawnych sytuacji. To był strzał w dziesiątkę, by umieścić dwulatka w środku podziemnego miasta z ogromnymi, oswojonymi nietoperzami! Szereg bohaterów drugoplanowych, czyli, w głównej mierze, mieszkańców Podziemia, również jest wspaniale przedstawiony. Ze swoimi zwyczajami, tradycjami i wierzeniami, lud Podziemia tryska niezwykłością, oryginalnością, ale także pewną dozą antyku. Czuje się, że zarówno oni jak i ich świat jest zupełnie inny niż nasz.

Z akcji nie mogę wiele wam zdradzić, bo zepsułabym kilka całkiem niezłych niespodzianek, które autorka przygotowała dla swojego czytelnika. Mogę powiedzieć, że mamy tam kilka całkiem zaskakujących zwrotów, a wszystko jest poprowadzone żywo i ciekawie, w duchu fantastycznej przygody. Jeżeli już uda się czytelnikowi wgryźć w akcję to płynie wraz z nią tak szybko, jakby wskoczył w nurt podziemnej rzeki.

Uniwersum Podziemia to najmocniejszy punkt książki. Przyznaję, że powieść nie obfituje w szerokie opisy miasta - Regalii, czy innych stref, ale są one umieszczane na tyle często, by czytelnik mógł poczuć klimat; chłodny, pieniący się nurt rzeki, podmuch pochodzący od machających skrzydeł nietoperzy, czy cuchnący oddech szczura - wszystko to i więcej można znaleźć w Podziemiu. Poza tym autorka nie boi się ponownie lekko musnąć tematów politycznych - walki o władzę pomiędzy szczurami a ludźmi. 

Jest jednak jedno duże ALE, mianowicie; "Gregor i Niedokończona Przepowiednia" nie jest powieścią uniwersalną. Przykro mi to mówić, ale poprzez swój język, styl pisania a także przedstawienie niektórych wydarzeń czy przeżyć bohaterów, polecam tę książkę dzieciakom (młodszej młodzieży) w wieku od ok. 9 do ok. 13 lat.
Ja jestem już stara, trochę w życiu przeczytałam i bardzo trudno było mi się wbić w akcję tej książki. Tak naprawdę odkryłam jaka jest dobra dopiero po ok. 200 str, a to naprawdę słaby wynik, jeśli powieść ma ich trochę ponad 300.
Podsumowując, "Gregor i Niedokończona Przepowiednia" to naprawdę dobra i ciekawa pozycja, ale dla tych, którzy lubią ten typ literatury, dla waszego młodszego rodzeństwa, czy dla was samych, jeżeli akurat jesteście w podstawówce czy na początku gimnazjum. Warto ją przeczytać choćby po to by oderwać się od dusznego miasta (módlmy się, by niedługo nastały upały) i przenieść się do niezwykłego, acz chłodniejszego, Podziemia. 

Za możliwość przeczytania tej powieści dziękuję wydawnictwu IUVI, które udostępniło mi ją do recenzji.

[Źródło]


Recenzja filmowa:



CZYTAJCIE, KOMENTUJCIE I PODAJCIE DALEJ!