wtorek, 26 stycznia 2016

"Chłopcy 3. Zguba" Jakub Ćwiek

[Źródło]
Dziś znów książkowo.
Szanowni państwo wracamy do autora, który wywraca cały mój świat i jeszcze się z tego śmieje. 

Zanim jednak wskoczymy znów do realiów Chłopców, dwa słowa od prowadzącego.
Pozostanę przy podsumowaniach miesiąca (styczniowe już niedługo!), choć nie wiem, czy będę je łączyć z book haulami - wydaje mi się, że zrobię jeden duży, gdy wrócę na kanał. Jednak ponieważ obiecywałam, że powolutku będą zachodzić zmiany - już od tego miesiąca pojawią się ULUBIEŃCY, czyli seria, w której będę sobie mogła ponawijać o serialach, filmach, wydarzeniach kulturalnych, a nawet jedzeniu (!) czy kosmetykach. Mam nadzieję, że pod koniec tygodnia pojawi się również pierwszy post stricte filmowy. Zobaczymy.

A wracając do głównego tematu... Kochany czytelniku, jeśli wciąż nie zapoznałeś się z pierwszymi dwoma tomami serii Jakuba Ćwieka to natychmiast cofnij się do pierwszej recenzji (klik!) i dopiero gdy przeczytasz dwie poprzednie części, masz pełne prawo tu wrócić. Spinaj poślady i czytaj! Natomiast tych, którzy mają już rozpoczętą tę przygodę, zapraszam na recenzję "Zguby".

Wszystko legło w gruzach. Dzwoneczek balansuje na granicy śmierci, a gdy wraca do żywych - budzi się w nie swoim życiu. Zresztą nie tylko ona - Chłopcy nie są już Chłopcami, a w układance ich przygód pojawia się nowy element. Element, który może zmienić wszystko. Intryga i jej konsekwencje przetaczają się przez strony tej powieści, stawiając przed czytelnikiem wciąż to samo pytanie - czy już przegraliśmy?

Piszę tą recenzję zaledwie parę minut po zakończeniu czytania tej powieści, więc jeżeli wedrą się do niej nutki chaosu to przepraszam serdecznie. 

Na początek odniosę się do poprzedniego tomu. Jak mogliście zauważyć, oceniłam go niżej i odczytałam jako czystą rozrywkę bez żadnego przekazu, nijak mającą się do kunsztu i niuansu pierwszej części. Dopiero po przeczytaniu trójki, mogę to wreszcie zrozumieć. Autor położył fundament - każdym kolejnym opowiadaniem rozkochiwał nas w swoich postaciach, pokazywał humor, dziecinność i bezpretensjonalność, byśmy zarówno starali się je zrozumieć, jak i po prostu dobrze się przy nich bawili. Dlaczego? Ponieważ trójka nam to odbiera. 

Podczas czytania każde kolejne słowo zadawało mi ból, rozrywało mi trzewia. Przysięgam, że przez dwieście stron miałam ochotę rzucać tą książką. I nie dlatego, że była badziewiem, nudą, czy czara mojej wyrozumiałości wobec przekleństw się przeważyła - co to, to nie! Bolało, bo odebrano mi postacie, w których tak bardzo się zakochałam, a postanowiono mnie w zupełnie nowej sytuacji... w której nie mogłam zrobić nic, aby im pomóc. Już po "Raz" poczułam się tak, jakby ktoś dał mi w twarz, a przez cały rozdział "Dwa" płakałam i to chyba mówi samo przez się, bo ja nie płaczę, gdy coś nie poruszy mnie naprawdę głęboko.
Zabieg jaki zastosował autor jest przerażająco... dobry. (Co nie zmienia faktu, że go za to nienawidzę.) Mimo tego, że chcemy spalić tę książkę, rzucać nią i udawać, że wcale jej nie ma, wciąż do niej powracamy, naiwnie licząc, że przecież musi skończyć się dobrze. Czy tak się stanie? Musicie przekonać się sami. 

Fabuła tej powieści różni się nieco od jej poprzedniczek. Nie mamy tu bowiem zbioru opowiadań, a konkretną historię, która ciągnie się przez sześć rozdziałów + epilog, przedstawianą z różnych punktów widzenia. Akcję natomiast można porównać do dobrej przejażdżki motorem - czasem pędzimy jak szaleni, by potem na chwilę zwolnić, porozkoszować się widokiem. Te momenty, kiedy tak naprawdę tylko "płyniemy", zamiast szarżować, są jak kopniaki w brzuch - mocne i najdłużej pozostawiają po sobie nieprzyjemne efekty, ale uwierzcie mi, że warto. Zakończenie wiele wam wynagrodzi, choć zapewne pozostawi was, tak jak i mnie, z rozdziawioną szczęką i rozpaczliwym: "Ale co dalej?!"

Postaci jak zawsze świetne, zadziorne, czasem do bólu mroczne i tak ma być! 
Ostrzegam jednak, jak zawsze, że przemoc, przekleństwa i seks trochę się wylewają z tych 300 stron, więc wrażliwym radzę się zastanowić. 

Muszę jeszcze dodać parę słów o dedykacji i posłowiu. Czytajcie to ludzie! To pozwoli wam zobaczyć o wiele więcej niż całkiem niezłą reinterpretację opowieści o Piotrusiu Panie. O wiele więcej. 

Podsumowując, tak naprawdę wciąż piszę o tej serii i zachęcam was do niej, bo Jakub Ćwiek robi z nami rzecz niemożliwą - poprzez tę (czasami chorą) mocną, pełną akcji i przygód powieść włącza w nas dzieciaka, o którym nawet osiemnastolatkowie już czasem zapominają, przytłoczeni trudem dorosłości. Ten dzieciak właśnie pozwala nam inaczej spojrzeć na życie. Dorosłość jest do dupy, a jeśli wciąż się nie zgadzasz - przeczytaj, pogadamy.

Czytaliście "Chłopców"? Co o nich sądzicie? 
Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję wydawnictwu SQN.  

[Źródło]

wtorek, 19 stycznia 2016

Piszemy?


Wydaje mi się, że jestem wstrętna skoro męczę was tak tym tematem, ale z drugiej strony słyszałam kiedyś, że każdy kto tak naprawdę zakochał się w książkach, chciał chociaż raz w życiu napisać własną. Wierząc w to, publikuję dzisiejszy post.



[Źródło]
O ile ktoś z was śledzi też mój kanał ma świadomość, że w ubiegłym roku brałam udział w czymś, co nazywa się pięknie: "National November Writing Month", potocznie "NaNoWriMo". Akcja ta polegała na napisaniu 50 000 słów własnej powieści w ciągu 30 dni. Brzmi jak szaleństwo? Uwierzcie mi, że nim jest.
Obiecywałam filmik z podsumowaniem, z odpowiedziami na pytania dotyczące powieści itd. itp. ale oczywiście, jak to z moimi planami bywa, nie wypaliło.
Zacznijmy od tego, że przez pierwsze dwa tygodnie było naprawdę dobrze: napisałam 15 000 słów, moja powieść, którą tworzę już od dwóch lat, skoczyła z kopyta do przodu i wreszcie mogłam nadać jej trochę romantyzmu.
Potem fiasko. Kompletna porażka. Na całej linii.
W mojej szkole jestem, a właściwie na tym etapie - byłam, reżyserem teatru amatorskiego. W połowie listopada mieliśmy premierę, potem inne przedstawienia... wciąż próby i próby, a moje myśli nie obracały się wokół niczego innego, tylko teatru.
Albo możliwe, że po prostu się tłumaczę. Istnieje też taka opcja, że to wina mojego lenistwa i słomianego zapału.
W każdym razie POLEGŁAM.
I od listopada do wczoraj moja powieść stała w miejscu. Zresztą ona często ma takie przestoje. Przed listopadem tknęłam ją chyba w marcu.
Myślę, że każdy z nas, początkujących pisarzy, ma taki moment, kiedy braknie weny, kiedy pokonuje nas lenistwo albo nagle dopada nas myśl, że to wcale nie jest takie fajne jak myśleliśmy. Wtedy zostaje tylko upór. Wierzcie mi, że to pierwsza taka praca, przy której wytrwałam tak długo. Mam chyba z dziesięć całkiem niezłych początków powieści, porzuconych w okolicach dwudziestej strony. Ten utwór jest moim rekordem - osiągnął jak na razie 150 stron i wcale nie chce dać się odrzucić. 
Wydaje mi się, że to wina bohaterów. Przywiązałam się już do nich, zwłaszcza, że zaczęli mi się odrobinę wymykać spod kontroli i żyć własnym życiem. A czy nie o to chodzi? Czy zadaniem pisarza nie jest ożywić postać?

Powiedziałam: do wczoraj. I właśnie to jest po trosze celem tego postu. Niesamowicie potrzebuję się uzewnętrznić, zmotywować. Może te napisane słowa do mnie przemówią, bo w tym momencie mam ochotę walić głową w ścianę.

Kiedy mówiłam wam o mojej powieści i prosiłam o zadawanie pytań głównie interesowały was fabuła i bohaterowie. I choć uwielbiam was i niesamowicie cieszę się, że chce wam się poświęcać czas na moje gadanie... nie powiem wam zbyt wiele w tym temacie. Nie dlatego, że boję się kopiowania, bardziej z powodu tego, że przeraża mnie fakt, jak ludzie oswajają się z tym, że ktoś pisze. Stają się nieobiektywni i chcą tylko wiedzieć co będzie dalej z bohaterami, a ja mówię NIE. Jeżeli uda mi się to wydać (a nawet nie wiecie jak mi na tym zależy!), szczerze liczę, że sami pójdziecie do księgarni i zapoznacie się z moją historią.
Dziś powiem tyle, że to powieść dla młodzieży, ale raczej młodzieży starszej, bo nie wszystko co w niej zawarte jest łatwe do przełknięcia. Ponadto jej gatunek wahałby się gdzieś między YA, fantastyką a sci-fi, nie mam pojęcia gdzie by się najlepiej plasował, bo nigdy w tych całych gatunkach nie byłam dobra. I oczywiście jest przecudowny główny bohater - kto zna mnie, raczej nie powinien być zdziwiony.

Uwaga, uwaga: Szczupak zamierza skończyć książkę, w której babra się od dwóch lat w dwa i pół miesiąca.
-
-
-
-
Pośmialiście się już? Taa, ja też bym się roześmiała. 
Dlaczego?
W ciągu ostatnich kilku tygodni uświadomiono mi dość dobitnie, że życie jest niebywale krótkie.
Ostatni post poinformował was, że jest ktoś w moim życiu dla kogo nigdy nie przestałam pisać, nawet w okresie, kiedy byłam w klasie z rozszerzoną matematyką i tylko moja polonistka wierzyła, że jest we mnie dusza humanisty. To moja babcia.
Kiedy miałam 7 lat byłam u niej na wakacjach, ona spytała: - Kim chcesz zostać, kiedy dorośniesz, kochanie? a ja jej na to: - Pisarzem, babciu. Nie potraktowała tego niepoważnie, nie poklepała mnie po ramieniu i stwierdziła "Oczywiście, skarbie", podsuwając mi ciasteczka. Złapała mnie za rękę, posadziła przed komputerem, włączyła Worda 2000 i kazała pisać wszystko co zechcę.   
Jeżeli wydam książkę, będzie ona dedykowana jej, choć ona sama nie lubi takich "zabili go i uciekł", jak pięknie określa fantastykę. 
Dlatego chcę spiąć dupę i to skończyć, dać temu przerwę, przeredagować (bo jak patrzę na te pierwsze fragmenty to zbiera mi się na płacz. Boże, czy ja wtedy postanowiłam sobie, że będę niekonwencjonalna i zapomnę o stylistyce, czy jak?!) i we wrześniu najpóźniej rozesłać do wydawnictw. Możliwe, że mnie nie wydadzą. Możliwe, że stwierdzą "Ten podlotek nie ma nawet dwudziestki, tego się nie opłaca czytać... a w ogóle, to takiej fantastyki w wersji polskiej nikt nie kupi". Może. Ale jeśli nie spróbuję, nie dowiem się. Zaczęłam się bać, że w pewnym momencie może mi zabraknąć czasu, by pokazać babci ten utwór w piękniej okładce i z logo jakiegoś wydawnictwa, więc nie poddam się tak łatwo.

Tyle, że jestem sobą. Pracuję drugi dzień i już mam kryzys, bo dzisiejsza scena wyszła jak naciągnięte, męskie gacie i to z dziurami. Muszę ją jutro napisać od nowa albo posiedzę jeszcze pośród ciemnej nocy i poczekam aż wróci do mnie umiejętność pisania, bo chyba wzięła i spieprzyła. Czy serio tak trudno pisać o miłości?

Jeżeli chcecie dołączcie do mnie. Jeżeli wciąż macie na dyskach niedokończone powieści otwórzcie je i zróbcie postanowienie: do końca marca cię skończę! Jeśli nawet nie dla wydawnictwa, to dla siebie, żeby mieć świadomość ukończenia pracy. Piszcie w komentarzach co sądzicie o całym tym wynurzeniu, czy dołączacie, czy sami coś tworzycie. Pełna wolność wypowiedzi!

Ja idę zrobić sobie coś do picia, schować się w obszernej bluzie brata i wpatrywać się w tę, głupią pustą kartę, która śmieje się ze mnie. Zamierzam nakazać jej się zamknąć - po prostu zatopię ją słowami. Chyba, że nie przyjdzie mi do głowy żaden pomysł innego przedstawienia tej sceny. Wtedy pójdę spać, co też brzmi całkiem nieźle.
Bajo :* I powodzenia! Nie poddawajcie się! 

środa, 13 stycznia 2016

"Nowy rok, nowa ja!" czyli tandetne hasła, refleksje i plany, plany, plany...

[Obraz nie należy do mnie, znajdziesz go tu!]

Witam po przerwie,
Na wstępie powiem, że ten post nie będzie opierał się tylko na książkach. Będzie mocno w stylu #typowejagaty #typowegoszczupaka, a więc najpierw trochę poleje się głębokich frazesów, potem dopiero dojdziemy do konkretów, a wśród nich również - książek. Cierpliwości!

Rok 2015 to dla mnie czas zmian, wykrystalizowania samej siebie i własnych poglądów, odcięcia się od życia przeszłością (którego raczej nie polecam), odważnych czynów oraz mnóstwa innych fajnych rzeczy. Może to nie było najlepsze 365 dni mojego życia, a nawet żywię nadzieję na to, bo jest jeszcze mnóstwo rzeczy do osiągnięcia, do sprawienia, by życie stało się lepsze, do osiągnięcia braku żalu w ostatnich godzinach życia - chcę mieć świadomość, że zrobiłam mnóstwo cudownych głupot, które mogłam zrobić i absolutnie niczego nie żałuję, nie odpuściłam sobie z powodu jakichś blokad. 

Z takim podejściem podchodzę do życia w 2016. Nie wiem jak wy to widzicie, ale ludzie, którzy tworzą dla was w internecie, mają swoje życie także poza kamerą, czy wyświetlanym tekstem. Nie mogę zatem stwierdzić, będąc stuprocentowo szczera, że "wszystko będzie dobrze", że każda podjęta w tym nowym roku decyzja będzie rzetelna i niesamowita w swoich skutkach. Nie mogę również powiedzieć, że nie boję się najbliższych miesięcy. Jednak wszystko zależy od podejścia, kochany czytelniku. Bo jeśli założysz sobie, że coś zakończy się porażką, to masz świętą rację, ale powodem tego nie będzie twoja nieudolność a niewiara w siebie. 
Chcesz coś zrobić? Masz marzenie? Zrób to! Spełnij je!
Ja na przykład nie cierpię swoich naturalnych włosów. Możesz teraz pomyśleć, że determinuje mnie nuda albo wydarzenia z mojego prywatnego życia, że potrzebuję odmiany, żeby się dobrze czuć... i pewnie będziesz miał rację, ale ja siebie nie ograniczam. Dlatego dokładnie 4 dni temu ścięłam włosy na całkiem krótko i przefarbowałam je na jasny blond (nie wrzucę jeszcze zdjęcia, bo muszę iść na drugą fazę farbowania, żeby uzyskać platynę, a nie biało-żółty). Zapewne przefarbuje się jeszcze 10 razy, może na różowo, może na czerwono, może zrobię sobie tatuaż albo tunel i co z tego? Mam czas, ale jest go szalenie mało. Chcę żyć. 

Teraz przejdziemy do fazy planów na ten rok, bo wydaje mi się, że zrozumiałeś już co chciałam Ci przekazać - moje plany biorą się z gigantycznej potrzeby bycia sobą i wyrażania siebie. Chcę je spełniać, żebym w przypadku, jeśli potrąciłby mnie samochód za dwa czy trzy tygodnie, mogła pomyśleć "Przynajmniej próbowałam. Byłam wolna i robiłam to, co chciałam." Ważne jest jeszcze jedno: wolność, wolnością, ale należy pamiętać, że nasza wolność miesza się z wolnością innych, na którą nie wolno nastawać.

1.Zdać maturę. 
Nie wiem na jakie studia pójdę, a jeśli wybiorę kierunek, który mi się nie spodoba, zawsze mogę go zmienić. Gdybym jednak nie zdała matury zamyka mi to ogrom dróg rozwoju - od studiów począwszy po pracę, którą może w przyszłości będę wykonywać, a która sprawiałaby mi radość. Stąd temu celowi podporządkowanych jest wiele innych, bo nie zniosłabym stania w miejscu.

2.Rozwinąć bloga i kanał.
Czy żałuję, że zrobiłam przerwę w nagrywaniu filmików? Nie. Tak jak mówiłam wcześniej, przez kilka najbliższych miesięcy nauka, czytanie lektur, powtarzanie słówek i mnóstwo innych pierdółek związanych z maturą jest ważniejsze od tego małego cudu, którego udało mi się dokonać w zeszłym roku. To nie znaczy, że was nie uwielbiam, że nie uwielbiam swojego bloga i kanału, bo to były kroki milowe w mojej drodze do otwierania się i spełniania siebie, dlatego na pewno do tego wrócę. Bloga nawet nie mam zamiaru rzucać. Notki tutaj będą pojawiały się sporadycznie, ale jednak. Póki co, raczej będę się trzymać obranej początkowo tematyki, ale stopniowo wszystko na kanale i blogu ulegnie zmianie. Nie porzucam tematyki książek, po prostu dodaję do niej też inne, bo jeśli to mój kanał, mój blog, moja droga wyrażania siebie, niech będzie w 100% moja - a ja nie składam się tylko z pasji do czytania. Zawsze gdy coś robię, coś co ma trafić do większej grupy ludzi, staram się by coś to przekazywało... i to chcę uzyskać na moim kanale i blogu. Chcę by były one nie tylko rozrywką, ale też przekazem wartości. Do tego chcę, by były w najlepszej jakości, a jak na razie nie mam do tego ani sprzętu, ani oprogramowania, ale dla was się postaram, spokojnie.

3.Skończyć książkę.
Mówię tylko o części pisemnej. NaNoWriMo udowodniło mi, że przy systematycznej pracy potrafię naprawdę wiele, więc chcę ją skończyć treściowo i dać sobie czas, aby odetchnąć od moich bohaterów, po czym ją zredagować. Jeśli chcecie wiedzieć - tak, zamierzam ją rozsyłać do wydawnictw. Nie wiem czy od razu, bo pewnie sama redakcja zajmie kupę czasu (jak czasem czytam początek to chce mi się płakać nad moim stylem sprzed 2 lat), ale zamierzam chociaż spróbować. Jest pewna osoba, która wierzy we mnie w tym względzie już 11 lat i chciałabym wręczyć jej moje wydane dzieło póki obie mamy jeszcze czas.

4.Przeczytać więcej niż w zeszłym roku.
W 2015 udało mi się przeczytać 52 książki. Nie jest to jakiś powalający wynik, ale i tak jestem z niego dumna, bo to był zdecydowanie rok kryzysów czytelniczych. Ten miesiąc jednak zaczął się wyjątkowo dobrze i choć w najbliższym czasie pewnie przytłoczą mnie lektury, postaram się przeczytać jak najwięcej nowych pozycji. Nie chcę jednak bez przerwy czytać tego, co popularne, dobrze mi z tym, gdy sama sobie wybieram książki. 

5.Pojechać za granicę.
Marzy mi się Londyn, Paryż albo Nowy Jork, ale wystarczyłaby nawet szalona wycieczka na Słowację ze znajomymi. Po prostu nowe miejsce.

6.Zrobić sobie tatuaż.
Tu pojawia się problem wolności drugiego człowieka. Moja mama ma blokadę przed tego typu rzeczami. Nie chcę jej postawić przed faktem dokonanym, bo to bardzo egoistyczne z mojej strony, dlatego staram się ją przygotować. Być może poczekam, aż będzie gotowa i zrobię go dopiero w przyszłym roku? Nie ograniczam się, ale myślę o ludziach których kocham - jest różnica między rozsądkiem a egoizmem.

7.Znaleźć głupią, ale zadziwiająco przyjemną pracę.
Myślę o czymś co raczej nie jest uznawane za marzenie; jak praca w sklepie czy czymś takim. Na razie w tym względzie chodzi mi po głowie Starbucks, któraś z małych krakowskich kawiarenek, do których często wpadam, Dziórawy Kocioł (który serdecznie polecam potterheads! Więcej info tu: accio!), mało znane księgarenki albo wielki Empik czy Matras - z pozoru zwyczajne, dorywcze prace, ale dla mnie coś niezwykle magicznego, w czym mogę odnaleźć odrobinę siebie.

8.Wciąż się przełamywać.
Przekonywać do rzeczy, których się boję. Poznawać nowych ludzi, tryskać optymizmem i przeć cały czas do przodu. Może się zakochać? Może pójść na koncert? Może skoczyć na bungee? Czytać książki, o których myślałam, że nigdy się nie tknę? Czy zrobić ten cholerny tatuaż, bo tego też się boję, naszpikowana informacjami jakie to niebywale nieodpowiedzialne (*rubbish!*). Po prostu żyć pełną parą. Uwierzcie mi, że świadomość, że zmarnowało się 3 lata życia jest tak ogromnym kopalem w dupala, że pozwala przełamywać nawet najgorsze czarne humory i nastroje klęski. 

Jeśli wpadnie mi do głowy coś jeszcze, na pewno dam wam znać.
Cały cel tego posta był taki, żebyście nie bali się zmian, planów, celów, czy to podejmowanych w Nowy Rok, czy w jakikolwiek inny dzień tego świeżutkiego, pysznego 2016. Ja w was wierzę i z autopsji wiem, że wszystko się da. Wystarczy tylko chcieć i pracować nad tym.
A jakie są wasze postanowienia? Plany?
Wiem, że o książkach było dziś mało, ale nie długo pojawią się recenzje i może jakoś w bardziej odległej przyszłości, jakiś mały tag? Czas pokaże. O ile w ogóle go będę mieć...
Szczęśliwego Nowego Roku, niech Moc będzie z wami i takie tam.
Pa!
   

poniedziałek, 30 listopada 2015

"Chłopcy 2. Bangarang" Jakub Ćwiek

[Źródło]
Trudno mi sklecić porządne zdanie.
Niedawno na moim kanale pojawił się filmik na temat polskich autorów, ale jestem pod ogromnym wrażeniem tego jednego, konkretnego. Panie Ćwiek, pokłony w pańską stronę!

"Chłopcy 2. Bangarang" To kontynuacja przygód niezwykłego gangu motocyklowego złożonego z kompanów Piotrusia Pana, znanych nam z powieści J.M. Barriego albo Disney'a, co kto woli.
PRZEDE WSZYSTKIM! WARNING! 
Jeśli wciąż nie przeczytałeś pierwszej części - co jest ogromnym błędem! - to zapraszam do zapoznania się z recenzją poniżej! Przeczytanie tej, bez znajomości poprzedniej części, grozi poważnymi uszczerbkami na tle spoilerów!
Tym razem Kędzior, Stalówka, Milczek, Bliźniacy i Kruszyna z Dzwoneczkiem na czele ukazują nam prawdziwy zlot motocyklowy, dzielą się myślami pana Propera, mówią o miłości rodzinnej i tym rodzaju wolności, którą można by nazwać dziecinną, a wszystko to okraszone magią i prozą życia. Pięć opowiadań i mrożący krew w żyłach epilog zamknięte na trzystu stronach i tylko czekające na czytelnika, który odpali gaz. Ale czy warto?

Mnie osobiście drugi tom podobał się nieco mniej od pierwszego. Brakowało mi  nieco tych wielkich prawd ukrytych za wulgaryzmami i seksem. Choć przyznaję, że pojawiały się, nie dominowały tu, a treść skierowana została bardziej na rozrywkę niż na przekaz. Nie uważam jednak, by to jakoś szczególnie odejmowało książce. Ot, jest inna. 

Poziom zarówno bohaterów, jak i akcji nie zmienia się. Wciąż wysoki, nie pozwala czytelnikowi oderwać oczu od tekstu. Zwroty akcji, retrospekcje, to wszystko składa się na kawał bardzo dobrej roboty, którą odwalił autor. W każdym z opowiadań podsunięta zostaje nam drobna wskazówka dla głównego wątku, ale nie martwcie się - i tak nie rozwikłacie tej tajemnicy, i tak zakończenie pozostawi was ze szczęką na wysokości kolan.

Choć ta część nie powaliła mnie tak bardzo jak jej poprzedniczka, dostaje mocne 7/10. A ja pozostaje w postanowieniu, że przeczytam wszystkie książki tego autora!

Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję wydawnictwu SQN


Wersja filmowa recenzji:


czwartek, 29 października 2015

"Chłopcy" Jakub Ćwiek

[Źródło]

No cóż, trochę mnie tu nie było...
Prawda jest taka, że kompletnie nie mam na nic czasu, dlatego recenzje na blogu będą się pojawiać sporadycznie, ale cały czas jestem aktywna na kanale, do którego możecie się przenieść TUTAJ

"Chłopcy" to historia o gangu motocyklowym. Nie... zaraz, to bajka. Właściwie może jednak coś na kształt satyry... 
"Chłopcy" to "Chłopcy". Powieść nieprzyporządkowywalna do żadnego gatunku, jedyna w swoim rodzaju, a nawet (użyję tego wielkiego słowa) UNIWERSALNA. 
Koncept może się wydawać zabawny. Bo przecież ma być to osiem historyjek o Zagubionych Chłopcach (taaa, tych od Piotrusia Pana) i Dzwoneczku jako gangu motocyklowym. Sam opis brzmi komicznie! A jednak to nie wszystko. 
Nie ma sensu rozwodzić się nad tym, o czym są opowiadania. Mogę wam powiedzieć, że łączą się ze sobą nierozerwalnie i każde z nich jest inne. Każde ma swój niepowtarzalny klimat. Resztę odkryjcie sami. 
Jednak jeśli mam mówić o moich wrażeniach, to chyba zabraknie mi słów zachwytu... bo gdy zamknęłam tę książkę część mojej duszy chciała zapłakać, a część - umrzeć ze śmiechu. 
Na początku poproszę was o coś; nie pomijajcie przedmowy, nie pomijajcie epilogu, ani posłowia. Dzięki nim poznajecie trochę tego co się "ukrywa" pod tą książką. Macie szansę przez chwilę spotkać się z duszą i zamysłem autora, z jego poglądami i przemyśleniami, a tę powieść znacznie lepiej rozumie się, gdy spróbuje się zrozumieć samego autora. Mnie ten Pan przedmową kupił. Ja po tych pięciu stronach już byłam jego, już wiedziałam, że pokocham tę książkę, pokocham tych bohaterów, bo autor wydał mi się nadzwyczaj bliski. 
Gdy poznacie "Chłopców" będziecie pewni, że to świetna, zabawna, leciutka powiastka. Coś, przy czym wreszcie wasz mózg będzie miał szansę odpocząć, a poczucie humoru - uruchomić się. I absolutnie temu nie zaprzeczam! Bohaterowie mają niezwykły talent do puszcza mistrzowskich tekstów (zwłaszcza, gdy czytelnik jedzie tramwajem i robi wszystko, by nie wybuchnąć śmiechem na cały pojazd), stwarzają wiele przekomicznych sytuacji i to nadaje powieści tej niesamowitej lekkości, tej która pochłania czytelnika, bo on zbyt dobrze się bawi, by nie przeczytać jeszcze jednej strony. (UWAGA: Nie dotyczy osób przewrażliwionych na tematy okołoerotyczne i wulgaryzmy, które są tu używane również jako tematy do żartów.)
Ale! Dlaczego uważam, że ta powieść jest uniwersalna? Przecież z tego co napisałam przed chwilą można wywnioskować, że to jakiś całkiem fajny, ale jednak przeciętny twór. O nie! Słowo "przeciętny" byłoby tu bluźnierstwem! Ta powieść jest uniwersalna, bo tak naprawdę jest dla każdego. Jest tu tajemnica, bo czytelnik lawiruje między strzępkami wskazówek podawanymi mu co jakiś czas, jest akcja, dobre bójki, maszyny, kapka romantyzmu też się znajdzie... jednak! Jest tu też coś ukrytego bardzo głęboko... jakaś gorycz? Może refleksja? Nie umiem tego zdefiniować. To jedno z tych uczuć, przez które, gdy już zamkniesz książkę, nagle zaczynasz myśleć. Myśleć nad tym czy naprawdę jesteś wolny, czy potrafisz być szczęśliwy, czy masz w sobie jeszcze gdzieś dziecięcą radość. Radość tak czystą i niewinną, która nie jest zatruta strachem. 
Ktoś mnie kiedyś zapytał czego szukam w książkach. Odpowiedziałam, że żebym uznała książkę za dobrą musi we mnie wzbudzać emocje. Ta wzbudziła emocje, ale nie tylko... poruszyła jakąś maleńką cząstkę mojej duszy, w której wciąż jestem dzieckiem. I nie pozostaje mi nic innego jak podsumować ją jednym słowem:
KUKURYKUUUU!

ZA UDOSTĘPNIENIE KSIĄŻKI DO RECENZJI DZIĘKUJĘ WYDAWNICTWU SQN
[Źródło]

wtorek, 11 sierpnia 2015

"CR7. Maszyna" Juan Ignacio Gallardo i Miguel Luis Pereira

[Źródło]

"Dośrodkowanie... w pole karne... i gooooooool!!!"
Czy każdy z nas nie zna już tych słów na pamięć? Piłka nożna to sport przejawiający się w życiu przeciętnego Polaka od najmłodszych lat. Bo w co gra się na ogrodzie z tatą? W co gra się na pierwszych lekcjach WF-u? Jeżeli by nie patrzeć na wyniki naszej reprezentacji krajowej, można nawet rzec, że jest to sport narodowy.
I jak to w każdym sporcie: są kibice. Ci kibice mają swoje ulubione drużyny, a w tych drużynach swoich faworytów.

Szczerze powiedziawszy, jako dziecko nienawidziłam piłki nożnej. Nie rozumiałam sensu latania paru gości po murawie za okrągłą piłką, ale przede wszystkim nie rozumiałam co w tym pasjonującego. Zawsze, kiedy tata z bratem bezceremonialnie wyłączali program (czyt. bajkę), który oglądałam, BO PRZECIEŻ JEST MECZ!, ja ostentacyjnie wychodziłam z pokoju.
Przekonałam się dopiero w trzeciej gimnazjum, gdy moja koleżanka złapała fazę na ten sport. Z początku nie traktowałam tego zbyt poważnie... ale potem obejrzałyśmy jeden mecz, potem drugi i tak jakoś mnie wciągnęło. Jako, że ona wtedy ukochała sobie Chelsea Londyn i Real Madryt, dla mnie to wciąż pozostają drużyny, dla których żywię ogromny sentyment. I choć nie jestem wzorowym kibicem, bo przyznaję, że nie śledzę każdego meczu tych drużyn, ani nawet nie znam z nazwiska całej reprezentacji Realu (chodzi mi o rezerwowych), to zajmują one specjalne miejsce w moim sercu.
Gdybym miała jednak mówić o swoich ulubionych zawodnikach, bez wątpienia rzuciłabym dwa nazwiska: Sergio Ramos oraz Cristiano Ronaldo.

Biografia to trudny gatunek do recenzji. Nie ma w nim bowiem fabuły i bohaterów, na których można by się oprzeć. Jest tylko osoba, którą podziwiasz, lub wręcz przeciwnie, i garść faktów o niej.

Więc jeżeli miałabym jednym słowem określić tę książkę, powiedziałabym: CIEKAWA. I to jest to słowo, które powinno was przyciągnąć.
Biografia ta nie jest schematyczna i typowa, autorzy nie skupili się na najdziwniejszych i największych smaczkach z życia Ronaldo, czyniąc z niej dobry pokarm dla głodnych plotek fanów i antyfanów. Jej treść skupia się przede wszystkim na pokazaniu prawdziwego Ronaldo, od najmłodszych lat, aż do dzisiaj. Przedziera się przez tę zasłonę dymną z plotek i pomówień i podaje tylko informacje sprawdzone, potwierdzone przez wiele znamienitych osób, lecz robi to w sposób właśnie ciekawy - nie jest to garstka suchych faktów, ale okraszono ją wieloma anegdotkami, opisami, tak, że czyta się ją jak dobrą powieść i pochłania bardzo szybko - mnie to zajęło dwa dni. 

To na co należy zwrócić uwagę, to przede wszystkim fakt, że podane informacje są zawsze udowodnione, a to opiniami lekarzy, fizjoterapeutów, psychologów czy dietetyków, a to wypowiedziami trenerów, czy piłkarzy, którzy współpracowali z Cristiano. Nie ma tu miejsca na głupoty i niepotrzebne "lanie wody", po raz pierwszy, być może jedyny, macie szansę poznać prawdziwego CR7, bez otoczki mediów, bez kontrowersji i niedomówień. 

Autorzy jednak nie ukazują go jako ideał, co ja bardzo doceniam. Piłkarz ten, nigdy nie był i nigdy nie będzie ideałem, bo on również jest człowiekiem i ma prawo do błędów. Dlatego nie pomija się w tej książce ani jego ogromnego ego, ani zbyt wysokiej samooceny, czy arogancji, mówi się o nim takim, jaki jest, niczego nie wybielając, ale również nie przyciemniając.

Czytelnik ma również niebywałą szansę poznać motywację Ronaldo w jego postępowaniu. Ci, którzy go nie znają, zapewne z różnych przyczyn, mogą go kojarzyć albo z żelem do włosów, albo z reklamą bielizny. I co do tego: w książce można znaleźć dział: wygląd, w którym można wreszcie zrozumieć dlaczego Ronaldo tak dba o swój wygląd zewnętrzny, dlaczego zmienia fryzurę w trakcie meczu, czy z jakich powodów zrobił sobie uśmiech? Nie, to nie obsesja na swoim punkcie. Dajcie mu szansę. 

Jak już wspomniałam: biografia jest podzielona na działy. Możemy tu znaleźć: Siłę fizyczną, Psychikę, Profesjonalizm, Technikę i Wygląd. Stąd mamy szansę poznać piłkarza z każdej strony. Możemy poznać jego system wartości, ogromny wkład jaki włożył w to, kim teraz jest, czy ile poświęceń wymagało od niego życie.
Jedynym minusem jaki mogę nadmienić, to to, że w książce występuje pewna powtarzalność: gdy kilkakrotnie wymienia się np. sir Alexa Fergusona, to za każdym razem powtarza się, że był on trenerem Menchesteru United, tyle i tyle znaczył dla Ronaldo itd. Nie jest to jakiś duży problem, raczej drobnostka, do której w trakcie czytania trzeba się przyzwyczaić. 

Więc jeżeli chcecie wiedzieć co miała wspólnego czarnoskóra prababka Ronaldo z jego obecną siłą fizyczną, dlaczego wynajął psychologa, o co jego mama poprosiła Leo Messiego na rozdaniu Złotej Piłki, czy co ma wspólnego z muzyką, ta książka jest dla was. Jeżeli chcecie poznać prawdziwego Ronaldo, ta książka jest dla was.
Myślę, że czasem warto przestać oceniać po pozorach i słuchać opinii mediów, czy antyfanów, zwłaszcza jeśli chodzi o człowieka, który jest naprawdę wartościowy, i którego, ja osobiście, uważam za wzór, zwłaszcza dla młodych chłopców, którzy kiedyś zechcą zostać piłkarzami. 

Zauważcie; nie powiedziałam ani jednego złego słowa na Messiego, bo wcale źle o  nim nie myślę. Ta recenzja zawiera moje przekonania, więc bardzo bym prosiła o zachowanie dla siebie niemiłych komentarzy na temat Ronaldo.    

Zapraszam do obejrzenia recenzji filmowej (gdzie występuje w bardzo fajnej koszulce):


CZYTAJCIE, KOMENTUJCIE I PODAJCIE DALEJ!  

piątek, 7 sierpnia 2015

"Szkoła bogów" Bernard Werber

[Źródło]
Ave! - jakby powiedziano w starożytnym Rzymie...
Niestety nie wiem, jakie powitanie funkcjonowało w starożytnej Grecji, ale musiało być to coś równie wzniosłego. Zaś z wiedzy o Helladzie mogę tylko przytoczyć przysłowie: "Powróć z tarczą lub na tarczy", które, z tego co mi wiadomo, było bardzo popularne wśród spartańskich wojowników. Jeśli teraz pomyślałeś o filmie "300" - bardzo dobrze! Właśnie o tych gości mi chodziło.

Skąd ten odnoszący się do czasów p. n. e. początek? Ponieważ bez choćby nikłej wiedzy z zakresu mitologii nie wiele ta książka wam powie.

Michela Pinsona czytelnicy Bernarda Werbera powinni już znać. Dla tych, którzy jeszcze nic o nim nie wiedzą wspomnę, że ów człowiek ma już za sobą takie przygody jak posiadanie, a wręcz bycie duszą poza ciałem oraz posługę anioła. Wszystkie te wydarzenia można odnaleźć w poprzednich seriach tegoż autora. Tym razem jednak nasz bohater wznosi się poziom wyżej. Lądując na nieznanej sobie planecie, na wyspie Aeden pośrodku oceanu, ze stolicą mianującą się: Olimpia, dowiaduje się, że razem z takimi osobistościami jak Maria Curie, George Eiffel czy Edith Piaf został uczniem szkoły bogów. Czyż to nie cudowne? Chociaż... trochę traci ta informacja w oczach, gdy dowiadujesz się, że wśród stu czterdziestu czterech uczniów jest jeden takich co chce wszystkim "skrócić cierpienie" (że się tak ładnie wyrażę), potocznie zwany "bogobójcą". Kto nim jest? Czym jest sama szkoła bogów? Do czego przygotowuje i jak? Wszystkie te tematy zostaną poruszone w tej, i żadnej innej, książce.

Ostrzeżenie! Jeżeli spodziewasz się, tak jak ja, czegoś w stylu "Percy'ego Jacksona" to oboje grubo się pomyliliśmy!

Akcja powieści ma bardzo specyficzny charakter. Widać, że była doskonale przemyślana i zaplanowana, bo czasem wśród wydarzeń przewinie się dialog, który zaskoczy czytelnika, kompletnie wytrącając go z równowagi, przez co kolejne sytuacje trafiają do niego ze zdwojoną siłą. Fabuły nie można nazwać łatwą, szybką i prostą. Jest inteligentna, ma wiele zwrotów i "pułapek", ale nie postępuje zbyt szybko, nie jest wybuchowa i pełna fajerwerków. Działa w sposób znany nam z powiedzenia: "apetyt rośnie w miarę jedzenia" - początkowo tylko kusi, by dopiero po pewnym czasie, etapami, rozkręcić się co najmniej do prędkości światła.
Jeden z niewielu zarzutów mogę mieć do tej powieści, kieruję do głównych bohaterów. Niestety autor potraktował czytelnika tak, jakby ten już wszystko wiedział, czego ja - szczerze powiedziawszy - nie lubię. Przez co ów czytelnik nie ma szansy by poznać lepiej głównych bohaterów, zrozumieć ich działania i motywy. Co poniektóre cechy oraz elementy z przeszłości naszych bohaterów są oczywiście wyjaśnione, ale nieco zdawkowo, tak by dało się zrozumieć następujące po sobie wydarzenia. Jednak muszę przyznać, że ja nie zżyłam się z bohaterami, a w tym wypadku nie musiało to być nic wymagającego, bo nie dość, że w grupie głównych bohaterów przeważali mężczyźni (których ja, z reguły, bardzo lubię), to jeszcze do tego byli FRANCUZAMI! Czyli spełnienie moich marzeń. Mimo to - nieprzekonujące.
Ale nie ma co się smucić! Za protagonistów nadrabiają postacie poboczne, które pokochałam z całego serca. Bo jak tu nie pokochać jednego z braci de Montgolfier, van Gogha, czy właśnie Marii Curie, z których to postaci autor wybrał najbardziej charakterystyczne cechy i bardzo wyraziście przedstawił je używając postaci historycznych jako bohaterów? Dlatego pani Curie zdarza się marzyć o ostatnim pierwiastku, a pan Eiffel bez przerwy ma zakusy architekta i budowlańca, ale (!) nieszablonowego. Dla mnie jednak istnym cudem byli przedstawieni przez Werbera bogowie. O ile w serii o przygodach Percy'ego Jacksona (aut. Ricka Riordana) bogowie byli w jakiś sposób przerysowani, tutaj są to postacie pełne wyniosłości i kunsztu, który aż bije poprzez kartki. Odpowiadają swoim opisom z mitologii greckiej, a charakter każdego z nich odpowiada temu czym się opiekują. Są wręcz przykładem harmonii i idealnej kompozycji postaci. Coś pięknego!

Jeśli miałabym się wypowiadać o języku i stylu powieści powiedzmy sobie jedno od razu: to nie jest literatura dla młodzieży. To nie jest powieść, którą "łyka się na raz", ponieważ zmusza ona do myślenia. Autor posługuje się mądrym, dojrzałym językiem, pochyla się nad wieloma trudnymi tematami, niby tylko się po nich prześlizgując, a jednak pozostawiając w czytelniku pewną chęć zgłębiania tej wiedzy dalej. Może tej książki nie da się przeczytać "na raz", ale zdaje mi się, że jest o wiele wartościowsza niż wiele pozycji, które w taki sposób da się przeczytać.

W mojej opinii ta książka zasługuje na waszą uwagę. Ode mnie dostała 8/10. Dodam jeszcze jedno: uważam, że do takiej literatury trzeba pewnej dojrzałości, a choć ja mam te swoje 18 lat i maturę za pasem, to wydaje mi się, że o wiele lepiej poczułabym się z tą książką, gdybym przeczytała ją w nieco późniejszym czasie, gdy miałabym więcej doświadczenia i mądrości życiowej. Czy sięgnę po kontynuację? Nie wiem. Wydaję mi się jednak, że zrobię to z wielką chęcią, gdy będę starsza.

Zapraszam do recenzji filmowej:



CZYTAJCIE, KOMENTUJCIE I PODAJCIE DALEJ!