czwartek, 12 lutego 2015

Zgadnij kotku, co mam w środku!

Dzisiaj lakonicznie - krótko i na temat :D

OGŁASZAM WIELKIE ZGADYWANIE!

To tylko zupełny początek zapowiedzianego bookhaulu...
Ale oto paczka (Czekam jeszcze na drugą! Może jednak dojdzie jutro...), którą otrzymałam dzisiaj. Są w niej trzy książki, do każdej z nich mam dla was podpowiedź.

POBAWCIE SIĘ ZE MNĄ, A JUTRO ZOBACZYMY, KTO MIAŁ RACJĘ I POMYŚLIMY NAD JAKĄŚ NAGRODĄ... MOŻE 3 TABLICZKI CZEKOLADY? TAK WALENTYNKOWO <3

1. Tytuł rozpoczyna się na literkę "D", gatunek to fantasy, jest teraz bardzo na topie, przez to, że wyszła kolejna część serii
2. Ma związek z modą, albo raczej osobą z tego świata, autor tej książki miał program na TVN Style
3. Poszczególne fragmenty tej książki, były ekranizowane i są znane na całym świecie, autorami są bracia

CZAS DO JUTRA DO 20:00!
WYGRYWA OSOBA, KTÓRA TRAFI 3 TYTUŁY (jeśli takiej nie będzie, to ta, która trafi 2, jeśli natomiast zwycięzców będzie więcej niż jeden, spokojnie, dam radę to ogarnąć) JEŚLI ZOSTAWISZ KOMENTARZ JAKO ANONIM, TO ZOSTAW DO SIEBIE JAKIŚ KONTAKT NP. ADRES EMAIL


CZAS START!




Małe podpowiedzi gabarytowe

środa, 11 lutego 2015

"Gwiazd naszych wina" John Green






Wobec tej książki popełniłam jeden ze swoich największych błędów czytelniczych w życiu.
Jaki?
Pozwoliłam jej czekać.
Ponad pół roku stała na najwyższej półce mojego regału, dając się bezkarnie ignorować i choć przemawiała do mnie kilka razy, ja niczym kamienny posąg, byłam głucha na jej cichy szept.
Żałuję i przyznaję się do winy.
I choć wielu blogerów, czy vlogerów książkowych już się o niej wypowiadało, stwierdziłam, że skoro ja potrzebowałam jednego głosu więcej, by po nią sięgnąć, to może ktoś z was również go potrzebuje...? A może ma być to właśnie mój głos? 



Nie jest to zwykłe romansidło dla nastolatków.
Fabuła absolutnie odbiega od klasycznego schematu: "Zobaczył ją, zobaczyła jego, zakochali się, trochę trudności pokonali, trochę się poseksili i żyli długo i szczęśliwie".
Oto mamy przed sobą Hazel - przeciętną nastolatkę, wielbicielkę książek, nałogowo oglądającą "American Next Top Model"... a w każdym razie byłaby przeciętną nastolatką, gdyby nie śmiertelna choroba, która mieszka w jej ciele. Rak. Trudny temat dla dzisiejszego świata, bo bliski temu, czego najbardziej się boimy - śmierci. Ale wróćmy do fabuły: mama przejęta stanem psychicznym swojej córki wysyła ją na terapię grupową dla nastolatków cierpiących na nowotwór. I to właśnie tam Hazel poznaje Augustusa. Ów chłopak nie dostrzega w niej tylko choroby - ale widzi ją samą; młodą, atrakcyjną dziewczynę.
Nie chcę wam spoilerować co dzieje się dalej, bo każda strona tej książki, jest naprawdę warta waszej uwagi. Każdy dialog, każde wydarzenie z życia tej dwójki młodych ludzi spija się z kart książki tak jak nektar, wciąż pragnąc więcej i więcej.

Mnie wystarczyło 5 godzin. Pięć godzin na przeczytanie 310 stron.
Właściwie nie wiem co takiego jest w tej książce... być może to styl i język Johna Greena, który nawiasem mówiąc jest naprawdę dobry. Sposób narracji, konstrukcja zdań, wypowiedzi nie męczy, a wręcz sprawia, że czytelnik przepływa przez karty książki bardzo szybko. Opisów nie ma wiele, ale w romansidłach, przecież głównie chodzi o nastrój, a opisy Greena nastrój z pewnością tworzą. Poza tym ten pan ma ode mnie ogromny plus za przemyślenia głównej bohaterki! Nie jest to na pewno mdłe i rozlazłe dziewcze, które niestety często zdarza mi się spotykać w literaturze młodzieżowej. I tu CIEKAWOSTKA: wspominałam w pierwszym poście o jednej, jedynej bohaterce, którą "lubię... ale tylko lubię" - to właśnie Hazel. Nie chcę nic mówić, ale skoro mnie przekonała to o czymś to świadczy!
Jedyne do czego mogę się u niej przyczepić... to pewien moment przy końcu książki - na pewno go rozpoznacie - stała się tam na chwilę dziwna, właśnie taka rozlazła, mdląca (wiem co autor chciał pokazać, ale nie wyobrażałam sobie tego w taki sposób, przez to ten moment nie wydaje się wzniosły, ale raczej... infantylny), potem się poprawia, także jestem jej w stanie to wybaczyć.
Ale jednak moim ukochanym bohaterem pozostanie Augustus. Mężczyzna ten powalił mnie na kolana, wzbudził potoki łez, które od dawna nie płynęły w takiej ilości! Jest oczywiście nieziemsko przystojny, ciepły, czuły... ale przy tym męski (i za to autorowi dziękuję!) i nie boi się wypowiedzieć własnego zdania, przyznać się do własnych poglądów.
Augustus poszukiwany, jeśli ktoś zna kogoś w jego typie to chętnie się skontaktuję!

Bohaterów jest wielu więcej, ale myślę, że warto samemu ich poznać. Bez nich wiele wątków byłoby niepełnych i nie miałoby pewnego uroku, dodam, że mój ulubiony cytat jest właśnie wypowiedzią postaci drugoplanowej.  

Przejdźmy do fabuły. Przede wszystkim czytelnik się nie znudzi. To nie jest literatura pełna rozterek różnych postaci, wzdychania i mękolenia jednego tematu: "Kocha mnie, nie kocha... kocha mnie? Nie, chyba jednak nie kocha...". Ta powieść zyskuje ode mnie ogromne uznanie, właśnie za to, że akcja nie skupia się tylko i wyłącznie wokół uczucia głównych bohaterów, jest wielowątkowa. Poza tym niezwykle zaskakuje; ja bardzo często czytając, myślę: "Skoro tak... to pewnie stanie się to..." - tutaj moje przewidywania absolutnie zawiodły i bardzo mnie to cieszy. Nie przepadam za powieściami przewidywalnymi.

Wiem, że książka jest na szczytach sprzedaży już od dłuższego czasu i jestem pewna, że wielu z was o niej słyszało. Myślę, że wielu również dowiedziało się również spoilerów. Ale nie zniechęcajcie się! Nawet jeżeli znacie poszczególne wątki, ba, nawet zakończenie - to książkę warto przeczytać choćby po to, by dowiedzieć się jak do tego doszło.
(Albo choćby po to by zakochać się w Augustusie/Hazel <panie/panowie>)

Ostrzegę tylko, że wasz zestaw obowiązkowy powinien wyglądać właśnie tak:



Nawet dla panów! Przecież wy też macie jakieś uczucia!

Ulubione cytaty:

"- No jasne, oczywiście. Ale i tak należy ich dotrzymywać. Na tym polega miłość. Miłość to dotrzymywanie obietnic wbrew wszystkiemu."

"W miarę jak czytał, zakochiwałam się w nim tak, jakbym zapadała w sen: najpierw powoli, a potem nagle i całkowicie."

"Świat nie jest instytucją zajmującą się spełnianiem życzeń"

Podsumowując, jeśli jeszcze tego nie czytałeś - ŻAŁUJ, biegnij do księgarni/biblioteki (na pewno coś jest jeszcze otwarte) i rozpocznij swoją przygodę odnajdując nieznane barwy w tak codziennych zjawiskach jak choroba, uczucie, marzenia...
Green dołączył, dzięki tej książce, do grona moich ulubionych autorów i na pewno pojawi się więcej recenzji jego książek na tym blogu (mam wszystkie jego dzieła jak dotychczas, także... większych problemów nie będzie).

A co wy myślicie o tej książce? Podzielcie się ze mną opiniami!

PS Książki zamówione, już do mnie jadą, także najprawdopodobniej w piątek pojawi się wielki bookhaul!
PS2 Na walentynki mam dla was przygotowane dwa posty: Najlepszy romans mojego życia (który czytałam już dwa razy) i "Moim skromnym zdaniem..." także zostańcie ze mną i czekajcie :D
CZYTAJCIE, KOMENTUJCIE I PODAJCIE DALEJ!

poniedziałek, 9 lutego 2015

Znane/Nieznane - "Opowieści z Narnii. Lew, czarownica i stara szafa" C.S. Lewis

Źródło: [KLIK]
Ponad dziesięć lat temu, kiedy mijały kolejne, ciepłe i słoneczne dni wakacji, w głowie pewnej małej dziewczynki zaczęły pojawiać się niesamowite pomysły, wizje, marzenia... Miała ona niespotykaną zdolność do tego, aby wczuwać się w wymyślone przez siebie postacie, a ten realistyczny świat wokół niej nabierał fantastycznych barw. Każda drobna rzecz, mogła nabrać nowego znaczenia. Wielki, zapuszczony ogród stawał się lasem, puszczą pełną magii i nieodkrytych tajemnic, stara, opróżniona piaskownica - rwącą rzeką, przez którą nie dało się przejść, zardzewiały fragment rusztowania - grotą czarownicy, lub magicznym portalem, a odgrodzone drewnianym płotkiem grządki z kwiatami - miejscem spotkań z księżniczką czy wielkim magiem. Nie zapominajmy o kiju - wspaniałym mieczu, który swą potęgą zgromił niejednego smoka czy potwora... bowiem ta dziewczynka nigdy nie była bezczynną księżną, ukrywającą się w wielkim zamku. Nawet jeżeli od tego zaczynała zabawę, zawsze stawała się wojownikiem ratującym swój wymyślony świat.

Szczerze żałuję, że wydoroślałam. Żałuję, że zaciera się we mnie ta ogromna doza wyobraźni, którą kiedyś posiadałam. Może właśnie dlatego "Opowieści z Narnii" są mi tak bliskie. Głównymi bohaterami nie są tam wymyślne postacie o nie-wiadomo-jakich zdolnościach... Oto czwórka dzieci: Piotr, Zuzanna, Edmund i Łucja - w czasie II wojny światowej, jak wielu innych, zostają wysłani na wieś, do domu pewnego starego profesora. Z początku nie ma w tej powieści nic niezwykłego... rodzeństwo jak rodzeństwo; trochę się kłócą, trochę bawią, trochę gadają, a przede wszystkim - troszczą się o siebie nawzajem. I oto pewnego deszczowego dnia, podczas gry w chowanego, najmłodsza - Łucja, ukrywa się w Szafie <szafie przez duże S!>, która okazuje się nie być taką zwyczajną Szafą... dziewczynka przenosi się do innego świata, świata pełnego magii, mówiących stworzeń, świata ogarniętego wieczną zimą, ale zimą BEZ BOŻEGO NARODZENIA! Co prawda wraca później do naszej rzeczywistości, ale to nie koniec przygód w Narnii. Istnieje bowiem pewna przepowiednia... 

"Znane/Nieznane" miała być przeznaczona dla tych, którzy szczególnie zastanawiają się czy po tę książkę sięgnąć, choć przecież znają większość fabuły i akcji.
Nie uwierzę w to, że w dziesięć lat po ekranizacji (tak, myślę, że ten film spokojnie mogę nazwać "ekranizacją") pierwszej części sagi Clive'a Staplesa Lewisa nie słyszeliście jeszcze o tym dziele.
Ja moje dwutomowe wydanie dostałam będąc w trzeciej klasie podstawówki. Dlaczego jeszcze go nie ruszyłam, choć każdą z części filmu oglądałam już po kilka razy, za każdym jednak zakochując się wciąż na nowo? Odpowiedź jest bardzo prosta, mianowicie: w dzieciństwie potwornie bałam się wojen, walk i tego typu rzeczy... zmęczyłam więc pierwszy tom, ale po wyjściu kinowej wersji części drugiej (tak, na scenach walk zasłaniałam oczy) nie sięgnęłam już po tekstowy odpowiednik, ponieważ mam, i miałam, zbyt wybujałą wyobraźnię. Potem, po przeprowadzce, te cudowne książki wylądowały w szafce, aż do teraz, gdy ujrzały światło dzienne, mrucząc do mnie z regału: "Nie przeczytałaś nas... nie przeczytałaś...".
Więc w końcu zabrałam się za nie! A co!
Właściwie... w zeszłym tygodniu.
Muszę przyznać, że choć ekranizacja jest bardzo wiernym odzwierciedleniem dzieła, to czytając tę książkę, wcale nie czułam tego, że "już to kiedyś widziałam".
C.S. Lewis pisze tę książkę dla dzieci. Dla dzieci, ale właśnie po trosze myśląc i czując jak dziecko, co dodaje historii czaru i uroku. Zapewne, gdyby tę opowieść snuła jakaś nastolatka, rodem z fundamentalnych dzieł teen fanasty XXI wieku wcale nie trafiłaby ona tak głęboko do mojego serca. Dzieci mają w sobie coś takiego, co pozwala im widzieć świat inaczej. Nie jest on jeszcze dla nich taki trudny, taki szybki, taki ważny... on jest nieznany, ciekawy, magiczny - to jest najpiękniejsze w podejściu autora! Wykreował Narnię tak, że poznajemy ją po kawałku, krocząc po ścieżce ze słów, tuż za bohaterami, ale widząc ten świat właśnie tak, jakbyśmy sami stali się młodsi o te dziesięć (czy więcej) lat.
Samych postaci w historii pojawia się dużo. Ja może opowiem pokrótce o tych, które wywarły na mnie największe wrażenie: oczywiście cała czwórka głównych bohaterów jest dobrze wykreowana, nakreślona, znamy ich charakterystyczne cechy, wiemy kto w tym rodzeństwie pełni jaką funkcję. Za to należy się ogromny plus, bo gdyby zabrakło naprawdę dobrych fundamentalnych figur w tym utworze, nadających mu pewien określony charakter, pomysł, o ogromnym potencjale, upadłby. Wspomnijmy również o uosobieniu dobra (Aslan) i zła (Czarownica). Aslan jest inny niż w filmie i to zaznaczam od razu, ale wcale mnie to nie dziwi. Bardzo trudno zobrazować postać, którą stworzył Lewis, reżyserowie skupili się na tej "kochanej" stronie Aslana, a to nie jest takie proste... Co oczywiście nie zmienia faktu, że zarówno w mojej wyobraźni, jak i w ekranizacji jest piękny - panie Lewis, może pan być dumny.
Źródło: [KLIK]
Czarownica natomiast jest doskonałym czarnym charakterem! Ze zwiewnością i gracją, jak to prawdziwa kobieta tylko potrafi, oplata sobie swoje sługi wokół palca, zdobywa sojuszników. Jednak jeżeli tylko przyjdzie konieczność, bez skrupułów jest gotowa zabić - zrobi wszystko, byle mieć władzę.

Fabuła jest wartka, dobrze przemyślana, aczkolwiek momentami strasznie pędzi, po to, by zaraz zwolnić. To dość ciekawy zabieg, który momentami irytuje, ponieważ wprostproporcjonalnie do prędkości fabuły rośnie lub maleje nasze napięcie. Pytanie: "Co dalej? Co dalej?" dręczy czytelnika, nawet wtedy, gdy zna już tę historię na pamięć. Poza tym nie jest to książka "tylko dla bab" albo "tylko dla facetów", przedstawiciele obu płci, w każdym wieku znajdą w "Opowieściach..." coś dla siebie. Może będą to gadające zwierzątka? Może doza czarów i magii? A może walka tuż przy końcu książki?

CIEKAWOSTKI "NA ZACHĘTĘ"
  • Czytałam całkiem niedawno pracę magisterską o symbolice w "Opowieściach z Narnii". Jest to tzw. "temat rzeka", ponieważ powieść tę można czytać na ogrom różnych sposobów. A jeżeli, drogi czytelniku, jesteś zainteresowany interpretacją tego dzieła na podstawie Biblii to polecam ten artykuł: [KLIK] (To, że ktoś już wymyślił jak to rozumieć to nie znaczy, że masz sobie odmawiać przyjemności czytania książki, to tylko jedna z tysięcy możliwości... a może to właśnie TY odkryjesz nową interpretację?)
  • Dziś podczas jednej z lekcji uprzytomniłyśmy sobie z koleżanką, że w moim przekładzie książki Czarownica częstuje Edmunda PTASIM MLECZKIEM, a w filmie Edmund prosi o coś o bardzo dziwacznej nazwie: RACHATŁUKUM. Okazuje się, że ta filmowa wersja jest wierna oryginałowi. Co to jest rachatłukum? Dlaczego polskie tłumaczenie jest niewierne? Dowiecie się stąd: [KLIK] Ale co się stało z Edmundem, dlaczego poprosił właśnie o rachatłukum i do czego go to przekonało - dowiecie się tylko z książki.
Nie traćcie więc czasu na błędne opinie, że książka nie może być lepsza od filmu. Książka przeniesie was w inny świat, pozwoli wrócić do czasu, kiedy wszystko było magiczne i piękne, kiedy wszystko było takie proste... wystarczyło po prostu wejść do szafy.

Czytaliście już tę część "Opowieści z Narnii"? Podzielcie się ze mną co o niej myślicie!
 
CZYTAJCIE, KOMENTUJCIE I PODAJCIE DALEJ!

PS Przepraszam, że nie ma zdjęć mojej książki, ale chwilowo opuściła ona swoje miejsce zamieszkania.
Z niecierpliwością czekam na komentarze i dziękuję za wszystkie, które pojawiły się pod poprzednim postem! Nie macie pojęcia jak to motywuje takiego wstrętnego lenia, bo ma on wreszcie dla kogo pisać.

Pozdrawiam!

niedziela, 8 lutego 2015

Moim skromnym zdaniem... o adaptacjach filmowych

Źródło: [KLIK]
   Nie macie pojęcia jak bardzo cieszę się z tak zaskakująco dużej ilości wyświetleń! Mam nadzieję, że chociaż część z was zostanie ze mną na dłużej...
    Imieniny zrobione (stąd post o tak późnej porze) więc szykuje się ogromny bookhaul!
     Ale teraz przejdźmy już do rzeczy. Jak już mówiłam, w mojej blogowej przygodzie na pewno pojawi się ogrom odniesień do filmów; albo w postaci odrębnej serii porównującej filmy z książkami, albo po prostu wplatając się pomiędzy słowa recenzji książki. Wszystko z tej prostej przyczyny, że ja uwielbiam adaptacje filmowe!
    Myślałam dziś całe przedpołudnie, którą z serii rozpocząć. W "Znane/Nieznane" już jutro pojawi się pierwsza część "Opowieści z Narnii", a ja doszłam do wniosku, że przecież nie dam rady mówić o tej książce bez filmowych dopowiedzeń. Wyjaśnię wam więc, skąd bierze się to, że spora część czytelniczej opinii publicznej nienawidzi jakiejś adaptacji, a ja ją uwielbiam. 

    Na tym właśnie polu, pomiędzy mną a moimi znajomymi pojawia się najwięcej starć. Ja jestem osobą tolerancyjną, dlatego nie uważam by ich opinia była mylna - po prostu jest ich, i tyle. Największa różnica pojawia się w podejściu.
Nie wiem jak wam, ale mnie czasami zdarza się sytuacja, że idę do kina na adaptację jakiegoś dzieła (nie, to nie jest tak, że nie znam słowa "ekranizacja", specjalnie go tu nie używam) z jakimś zapalonym fanem serii czy powieści jednotomowej i mam nieodparte wrażenie, że przed wyjściem na sto procent przekartkował tę książkę, której <pewne> odzwierciedlenie zaraz ma obejrzeć, i wypisał sobie wszystkie szczegóły i szczególiki, które mogą być zmienione, lub mogą się nie zgadzać. A gdy wychodzi z tego kina to nic innego nie robi, tylko narzeka na wszystko co było "nie tak". To jest podejście: FILM DLA CZYTELNIKA i oczywiście poniekąd się z nim zgadzam, uwierzcie! Gdy podstawy fabuły, zwyczajowe zachowania bohatera, czy cokolwiek fundamentalnego dla całej historii zostaje zmienione, budzi to we mnie ogromny sprzeciw. Ale ja spróbuję wam to pokazać od innej strony. Jako, że nie wyznaję zasady
"Najpierw książka, potem film"  bardzo często oglądam hollywoodzkie (i nie tylko) produkcje kompletnie nie mając pojęcia, że istnieje taka książka. Jeśli ten czy ów film mi się spodoba <teraz się wyrobiłam i szukam po pojawieniu się zwiastuna, który mi się spodoba, ale czasami to nie jest takie proste, bo bardzo często tytuły są zmieniane> szukam książki, na której podstawie mógł powstać. Bardzo przepraszam wszystkich zapaleńców, ale wyznaję pogląd, że książka musi być naprawdę dobra, skoro jakiś producent zdecydował się włożyć kupę kasy w jej zekranizowanie. I teraz pojawia się mój problem. Nienawidzę sytuacji, w której umiem przewidzieć co się stanie na każdej następnej stronie. Innymi słowy, nie mogę przeczytać powieści zaraz po wyjściu WIERNEJ EKRANIZACJI. Gdyby adaptacje były w stu procentach wierne, osoby z taką pamięcią jak ja (zapamiętuję naprawdę dobrze absolutnie wszystko co mi się spodoba) nie mogłyby, po ich obejrzeniu, sięgnąć po książkę. A czy nie o to chodzi w marketingu? W tym samym czasie ma się sprzedać zarówno film jak i książka, na której podstawie powstał.
Podam wam taki przykład: obejrzałam
"Percy Jackson i bogowie olimpijscy. Złodziej pioruna.", zachwycona Loganem Lermanem oraz filmem, który stanowił dla mnie świetną rozrywkę, dość szybko zorientowałam się, że jest to adaptacja filmowa serii. Pobiegłam więc do księgarni, kupiłam ją i jestem już po lekturze całości. WIDZĘ RÓŻNICE POMIĘDZY ADAPTACJĄ A KSIĄŻKĄ, ale to wcale nie zmienia faktu, że zarówno pierwsza i druga część to świetny pomysł na nudny wieczór, kiedy potrzeba nam zabawnego satyra, albo przystojnego półboga. 

Źródło: [KLIK]

Nie wiem jak to wyjaśnić... adaptacja i książka to dwa osobne dzieła, a adaptacja to tylko pewne spojrzenie, nie zawsze wierne, po to, aby taki wstręciuch jak ja - uzależniony od filmów i książek - mógł się cieszyć z jednego i drugiego. To jest podejście: FILM DLA WIDZA.
     
     Sądzę, że należy znaleźć złoty środek pomiędzy jednym a drugim podejściem. Nie można przecież pobłażać błędom kardynalnym, ale z drugiej strony czepianie się szczegółów (włosy Annabeth - serio?!) myśląc tylko o własnym wrażeniu to trochę nie fair wobec tych, którzy nie oglądali. Dodam jeszcze, że zrobiłam najgorszy błąd w życiu oglądając pierwszy sezon "Gry o tron" przed przeczytaniem książki (możecie nie wierzyć, ale nie wiedziałam, że jest to na podstawie książki, dopóki gdzieś w połowie oglądania nie zauważyłam jej w empiku z filmową okładką) - czekam już drugi rok, żeby zacząć tę serię jeszcze raz, bo przeczytałam część pierwszą, ale wyglądało to mniej więcej tak:
<sarkazm>
- O! Zaraz stanie się "to"... No, niemożliwe! Stało się!
</sarkazm>

Potwornie mnie to irytowało i zatrzymałam się czterdzieści stron przed końcem, żeby mieć wymówkę, przed sięgnięciem po część drugą. Ale szykuje się re-reading!

    Skoro już tyle wiecie o moim zdaniu na temat adaptacji filmowych, może podzielicie się swoim? Zgadzacie się? A może gadam farmazony? Jestem przygotowana i czekam z niecierpliwością na wasze komentarze!

CZYTAJCIE, KOMENTUJCIE I PODAJCIE DALEJ!

A ja wracam do przeglądania listy: "Do kupienia"... <HIHIHI!>
Dobranoc kochani! 

sobota, 7 lutego 2015

"Hobbit" J.R.R. Tolkien








Niby klasyczna, a jednak nowoczesna.
Niby zwyczajna, a jednak uniwersalna.
Niby nic niezwykłego, a jednak ma miliony fanów na całym świecie. 
Jaka jest tajemnica Tolkiena?
Jak osiągnąć sukces, który trwa już 70 lat? 
Tego wszystkiego i jeszcze więcej dowiecie się z tej małej, niepozornej książeczki, posiadającej zaledwie 320 stron. Ale przede wszystkim zanurzycie się w niezwykłe uniwersum, którego nie da się zapomnieć.

Długo zastanawiałam się od jakiej książki zacząć tę blogową przygodę.
W końcu doszłam do wniosku, że to byłoby bluźnierstwo, gdybym nie zrobiła ukłonu w stronę jednego z moich ulubionych autorów. Pula książek zmniejszyła się, ale dylemat pozostał. W końcu jakoś tak przez przypadek mój wzrok padł na to piękne, filmowe wydanie "Hobbita" J.R.R. Tolkiena i już wiedziałam, że to musi być ta książka i żadna inna.
Ponieważ jestem teraz jak Bilbo Baggins.
Mam już zaproszenie do wzięcia udziału w przygodzie i czekam tylko na słowa:

"
-A co, nie mówiłem?- zaśmiał się Gandalf.- Pan Baggins potrafi więcej, niż nam się wydaje."

"Hobbit", jak sama nazwa wskazuje, opowiada historię pewnego hobbita - Bilbo Bagginsa. Jak to w książkach bywa, jest on zgoła niezwykłym przypadkiem w swoim gatunku; nie jest stateczny, nie ceni sobie tylko i wyłącznie spokoju, ale gdzieś w środku, jego serce bije dla niezwykłych przygód i wydarzeń. I oto pewnego pięknego słonecznego dnia, na drodze Bilba staje starzec o lasce, który zaskakuje dość nieoczekiwanym powitaniem:

"-Dobrego dnia!(...)
-Co masz na myśli?-spytał.-Czy życzysz mi dobrego dnia, czy też spodziewasz się dobrego dnia niezależnie od moich pragnień? A może czujesz się dziś dobrze albo też wyglądasz tego dnia czegoś szczególnie dobrego dla siebie?"

Od tego wszystko się zaczyna.
Długo by opowiadać co się dzieje dalej. A nie chcąc wam zdradzić za wiele powiem tylko, że Bilbo skumpluje się jeszcze z bandą dość ciekawych krasnoludów, którzy organizują wyprawę do Samotnej Góry, żeby przegonić stamtąd smoka - Smauga, jak pewnie spora większość się domyśla xd - który palił, niszczył i... w końcu zagarnął, to co nie jego. Podczas tej wyprawy nasi bohaterowie przejdą przez wiele spodziewanych, lub wręcz przeciwnie, przeszkód, trochę pomachają mieczem i udowodnią, że "małe jest piękne" - jeśli mogę się tak wyrazić :)

Książkę tę przeczytałam jakiś... rok temu (chyba).
I oto proszę - pierwszy dowód mojej prawdomówności z pierwszego postu - książkę przeczytałam po obejrzeniu pierwszej części adaptacji filmowej: "Hobbit. Niezwykła podróż", wcześniej jeszcze zachwycona trzema filmami z serii "Władca Pierścieni".
I absolutnie się nie zawiodłam!
Niestety nie rozumiem poglądu, że film jest lepszy od książki. Książka jest inna - może traktuje o tym samym, ale ileż wolności dla fantazji pozostawia czytelnikowi! Myślę, że oba dzieła - tak od siebie różne - są, co najmniej, równie dobre. 




Dlaczego poleciłabym wam tę książkę?
Przede wszystkim język. Tolkien nie pisze trudnymi, niezrozumiałymi słowami, które odstraszają przeciętnego czytelnika. Ja, czytając tę książkę, absolutnie nie mogłam się oderwać, bo czułam się tak, jakby autor siedział tuż obok mnie, niczym dziadziuś opowiadający wnuczce bajkę, on opowiadał mi swoją historię. Język jest przystępny, ale nie potoczny, lekki, ale nie zbyt prosty. Poza tym powieść zawiera dużo opisów, dzięki czemu łatwiej nam znaleźć się w tym niezwykłym świecie Śródziemia. 
Poza tym bohaterowie! Och, moi drodzy państwo, nie wiem czy są postacie, które bardziej lubię! Trzynastu świetnych (trochę niskich) facetów, każdy z innym charakterem, każdy dobrze nakreślony, tak, aby czytelnik, każdego z nich choćby w niewielkim stopniu mógł poznać. Ja oczywiście jestem ogromnym fanem Thorina - choć w trakcie książki zdążyła mi kilka razy opaść szczęka przy działaniach tej postaci. Poza tym nie potrafię już wyobrazić go sobie inaczej niż w kreacji Richarda Armitage, nie dlatego, że mam jakąś ograniczoną fantazję i film zamknął mi horyzonty, po prostu zarówno w wyglądzie jak i sposobie zachowania Thorin filmowy jest adekwatny do mojego książkowego wyobrażenia. Uwielbiam również Bilba. Poniekąd stanowi on dla mnie wzór, bo jeżeli właściwie przyjrzymy się fabule powieści, bohater ten tylekroć pokonuje strach i własne zahamowania, że powinniśmy kłaniać się mu w pas!
Jest jeszcze jeden pan... dla którego jest szczególne miejsce w moim sercu. No dobra, może dwóch :D Pierwszym z nich jest postać często niedoceniana, bo drugoplanowa, aczkolwiek w filmie, bardzo dobrze pokazana - Kili. Uwielbiam go, naprawdę! Nawet nie wiem za co; może za podejście? Może za to jakie uczucia budził w Thorinie? Ale jest to po prostu fantastyczny bohater! Jeśli mi nie wierzycie, szczerze radzę przeczytać rozdział: "Baranie pieczyste" :) A drugi to Gandalf. Mężnego, szarego czarodzieja uwielbiam już od czasów "Władcy...", ale w tej powieści mamy kwintesencję zamysłu tej postaci. Jeśli chcecie dobrze poznać Gandalfa radzę zacząć właśnie od "Hobbita".
Wspomnę jeszcze o wydaniu: Piękne ilustracje, zdobiące tę powieść dzięki Alanowi Lee, dodają jej swoistego uroku i przypominają, że nie jest to powieść sprzed trzech lat, jak to jest w przypadku filmu. oto kilka przykładów:

      

Hobbit to wspaniała powieść dla każdego, kto ma ochotę choć na chwilę ukryć się dzięki słowom w innym świecie. Tolkienowskie Śródziemie nie jest bezpieczne, a jego mieszkańcy nie są idealni. Ale czy to nie to właśnie nas do niego przyciąga? Czy nie dlatego poddajemy się przygodom hobbita - "Istoty większej od liliputa, mniejszej jednak od krasnala"?

Na zakończenie coś, co bardzo zbliża mnie do Bilba, cytat, który sprawia, że czuję, że jesteśmy do siebie bardzo podobni :)

"Przygody! To znaczy: nieprzyjemności, zburzony spokój, brak wygód. Przez takie rzeczy można się spóźnić na obiad."

CZYTAJCIE, KOMENTUJCIE I PODAJCIE DALEJ!

Życzę zaczytanego weekendu :) 

Witam bardzo serdecznie w nowej odsłonie!

Wstęp
"- Za 30 sekund wchodzimy! - oznajmia donośny głos reżysera, przez studyjny radiowęzeł. Jedną ręką pudruję nos, drugą zbieram ze stolika kartki z przygotowanym materiałem. Równocześnie któraś z "pań Kryś od garderoby" po raz czwarty lakieruje mi fryzurę. I już biegnę! Odgłos szybkich uderzeń obcasów szpilek o płytki w studyjnym korytarzu niesie się ogłaszając moje przybycie. Mijają mnie równie zdesperowane osoby - wszyscy chcą być gotowi na WIELKIE WEJŚCIE. Siadam już przy biurku, poprawiam garsonkę, by uwydatnić zalety mojej przeciętnej figury, a mój partner spoziera na mnie z pobłażaniem. Poprawiamy dokumenty, widzimy jak reżyser odlicza: "5... 4... 3...", przybieram więc uśmiech numer siedem i już słyszę czołówkę. Wtedy padają z mych ust historyczne słowa: "Witam bardzo serdecznie w nowej odsłonie! Otrzymali państwo właśnie niezwykłą szansę by UKRYĆ SIĘ MIĘDZY SŁOWAMI! Zapraszamy!..."

No cóż... Nie mam studia, ani całej hordy osób, które wszystko robią za mnie (choć trochę wspomagających było, bo dla mnie tworzenie stron to czarna magia xD), ale tak poza tym realia wyglądają trochę podobnie :)

Oto przed wami blog, na którym pojawiać się będą recenzje książek. 
Czy tylko same, nudne recenzje? Ależ skąd!
W planie mam już kilka rzeczy:
- Oczywiście zaczynamy od recenzji książek, które czytam na bieżąco, bądź przeczytałam jakiś czas temu. Nie zawsze będą to nowiutkie nowości prosto z wydawnictwa, chcę wam pokazać także książki, które wyszły parę (albo parędziesiąt) lat temu, ale nadal pozostają świetnymi pozycjami. Czytam wszystkie gatunki, ale przyznaję się, że do horrorów mam zamiar się zmusić tylko przez wzgląd na tego bloga.
- Powstanie kilka serii: "Znane/Nieznane" - mówi o książkach, o których słyszeli wszyscy, ale nie wszyscy czytali, a przeznaczona jest szczególnie dla tych, którzy myślą o tym, czy w ogóle po tą książkę jeszcze sięgać oraz dla tych, którzy mieliby ochotę ją sobie odświeżyć. "Moim skromnym zdaniem..." (M.S.Z...) - seria moich przemyśleń, dygresji, artykułów na tematy mniej lub bardziej literackie. 
Te na razie są pewne. Myślę, że z czasem powstaną kolejne :)
- Wszelkiego rodzaju bookhaule, wrap up'y i tagi, które możecie znać z kanałów książkowych na YouTube. 

Wspomnę też coś o sobie :D
Blog ten jest przede wszystkim spełnieniem postanowienia noworocznego o byciu bardziej odważnym. Może się uda? :)
"Inne spojrzenie na literaturę" to nie jest głupi farmazon, który ma przyciągnąć czytelników. Z własnego doświadczenia wiem, że bardzo często moja opinia (czasami w drobnych szczegółach, czasami bardzo) różni się od opinii większości. Ale nie bójcie się tego absolutnie! Ta moja opinia zazwyczaj jest właśnie bardziej pozytywna niż negatywna :) Chociaż jest 5 rzeczy o których muszę wam powiedzieć już na początku:
1. Nie jestem guru. Prezentowane na tym blogu recenzję to tylko moja opinia i jeśli Twoja jest inna, to nie znaczy, że moja lub Twoja jest zła - mamy inny gust po prostu :)
2. Nie trzymam się zasady: Najpierw książka, potem film. Mam już co najmniej kilkanaście książek, które przeczytałam dzięki filmom. A za tym nieuchronnie idzie punkt 3...
3. Moją wielką miłością (nawet porównywalną z tą do książek) są właśnie filmy. Ale... ja mam trochę inne podejście do adaptacji filmowych niż 90% czytelników. Nie burzcie się jeszcze - wszystko zostanie wyjaśnione w pierwszym wydaniu M.S.Z... ;) W postach prawdopodobnie będzie dużo odniesień do adaptacji - chyba, że będziecie woleli osobną serię do porównywania filmów z książkami ;)
4. Nie lubię głównych bohaterek. Jak dotąd znalazła się jedna książka, w której toleruję bohaterkę, a może nawet lubię... ale tylko lubię. 
5. Ze spoilerami u mnie jest dziwnie. Oczywiście wam nie będę spoilerować, ale ja jako ja nienawidzę tylko spoilerów zakończeń. Jeśli ktoś poda mi drobny fakt, mający jakiś drobny wpływ na fabułę, to u mnie to tylko wzbudza ciekawość i motywuje do przeczytania książki. 

Coś na zachętę:

Zapasy :D

CZYTAJCIE, KOMENTUJCIE I PODAJCIE DALEJ!

A pierwsza recenzja, powinna pojawić się jeszcze dzisiaj :)