czwartek, 14 maja 2015

Wrap up, czyli Podsumowanie Czytelnicze

Witam was bardzo serdecznie w ten piękny, nieco deszczowy, dzień.
Ma dla was dzisiaj coś specjalnego!

Jako, że długo mnie nie było postanowiłam stworzyć Podsumowanie Czytelnicze ostatniego kwartału, żebyście wiedzieli, że nie próżnowałam nawet wtedy, kiedy nic nie wskazywało na to, że jeszcze żyję.

Przeczytane książki:
  • Seria "Harry Potter", w której skład wchodzą: "Harry Potter i Komnata Tajemnic", "Harry Potter i Więzień Azkabanu", "Harry Potter i Czara Ognia", "Harry Potter i Zakon Feniksa", "Harry Potter i Książę Półkrwi" oraz "Harry Potter i Insygnia Śmierci" J.K. Rowling
  • Seria "Olimpijscy Herosi", w której skład wchodzą: "Zagubiony heros", "Syn Neptuna" Rick Riordan
  • Seria "Opowieści z Narnii", w której skład wchodzą: "Podróż Wędrowca do Świtu", "Srebrne krzesło", "Koń i jego chłopiec" C.S. Lewis
  • "Kroniki Bane'a" Cassandra Clare
  • "Papierowe miasta" John Green
  • "Love, Rosie" Cecelia Ahern
  • "Miasto kości" Cassandra Clare
  • "After. Płomień pod moją skórą" Anna Todd
  • Komiks "Asterix i Normanowie" Rene Goscinny i Albert Uderzo
Obecnie czytam
  • "Katharsis" Andrzej Szczeklik
Wydarzenia tych miesiący
  • Lecząc swoje złamane serce po zakończeniu "Insygniów śmierci" J.K. Rowling oraz obejrzeniu ostatniego filmu z serii ekranizacji o Harrym Potterze, obejrzałam tak ogromną ilość wywiadów z Danielem Radcliffem i Emmą Watson, że obecnie wpisując w wyszukiwarkę YT hasło: "daniel radcliffe" kilka pierwszych stron mam obejrzanych w 100%
  • Premiera "Próby żelaza" Cassandry Clare!
  • Zobaczyłam najlepiej zorganizowany i jednocześnie najprzyjemniejszy Empik, jaki w życiu odwiedziłam - serdecznie zapraszam na Rynek we Wrocławiu!
  • Oraz...
Postanowiłam, że w ramach rekompensaty zrobię dla was coś specjalnego...
I oto...
March, April, May Wrap up - Podsumowanie kwartału, w wersji filmowej!


Od początku istnienia bloga chciałam zacząć nagrywać, więc mam szczerą nadzieję, że filmik wam się spodoba.
Jest troszkę inny od tego postu. Znajdziecie w nim krótkie opinie o każdej książce i różne tam moje... no! Musicie sprawdzić sami!

Życzę miłego oglądania!

CZYTAJ, SUBSKRYBUJ I UDOSTĘPNIAJ! 

środa, 13 maja 2015

Reaktywacja!

Tak, tak, wiem, że już się tego nie spodziewaliście... ale jednak!
Zapewne jesteście ciekawi, skąd ta przerwa?
No cóż, wiele się działo...
  • Mniej więcej od połowy marca mam prawą rękę usztywnioną. Od momentu założenia szyny gipsowej (bez wyraźnej diagnozy; założono mi ją, bo "nie zaszkodzi, a może pomóc") nosiłam ją przez nieco ponad miesiąc, obecnie założono mi coś, co zwie się ładnie: orteza. Jest to po prostu rękawiczka bez palców, ciągnąca się od kości śródręcza do 3/4 długości przedramienia, z wszytą linijką po wewnętrznej. Mało wygodne, ale mogę pisać. 
    Skąd ta cała walka z moim nadgarstkiem? Są 3 różne diagnozy, a ja nie mam zamiaru się rozwodzić nad kompetencjami polskiego NFZ.
  • Słyszeliście taki pogląd, że każdy, kto jest naprawdę zakochany w książkach próbował kiedyś pisać? Ja próbuję od 7 roku życia i nie wychodzi mi to tak źle, jak można by się spodziewać. Pracuję teraz nad przedstawieniem charytatywnym. Napisałam scenariusz, wzięłam się za reżyserkę (no dobra... to dla mnie nie pierwszyzna) i będziemy wystawiać! Nic wielkiego, ale pochłania dość sporo wolnego czasu. Jeśli czyta to ktoś z moich ukochanych, przewspaniałych aktorów bądź scenografów, czy charakteryzatorów pozdrawiam was serdecznie!
  • Jak można się domyślić mam też sporo zaległości... a jako, że Szkoła Sukcesu jest jaka jest, ciągle nadrabiam i nie wyrabiam nawet z tym co się dzieje obecnie, przez co mam jeszcze więcej zaległości... Zamknięte koło.
Dobra, dość tłumaczenia się!
Mam też sporo dobrych wieści, ale one są materiałem na następne posty. 
Tym chciałam tylko poinformować, że żyję, że pamiętam, że chcę tworzyć dalej...
Jeśli ktoś będzie mnie czytał, to jest po co tu wracać. Jak wielkie było moje zdumienie, gdy zauważyłam, że w miarę regularnie blog, mimo braku nowych postów, jest odwiedzany, chociaż przez niewielką grupę osób.
Dziękuję wam!

3...2...1... Reaktywacja!

Wybaczcie, ale to hasło kojarzy mi się tylko i wyłącznie z "Matrixem".
[źródło]
 

piątek, 27 lutego 2015

Przekroczyć granicę - "Parabellum" Remigiusz Mróz

Źródło: [KLIK]
Czas rozpocząć przygodę na wojnie.
O ile to w ogóle można nazwać przygodą...


Tytuł nowej serii: "Przekroczyć granicę" jest wyjątkowo dwuznaczny; ma świadczyć o tym, co ja robię czytając te książki oraz o ludziach, którzy byli przykładem dla postaci w nich istniejących. Nie można się nie zgodzić, że musieli przekraczać zarówno własne lęki jak i wewnętrzne blokady, aby przetrwać i aby pomóc przetrwać innym.

"Parabellum. Prędkość ucieczki" to ta powieść, o której mówiłam, że wybiorę ją sama. Popchnięta do tego poprzez okrzyki zachwytu wielu booktuberów np. Anitki czy Esy. 

Powieść jest inspirowana faktami autentycznymi, o czym autor mówi już w Posłowiu. 
Głównymi bohaterami powieści są bracia Zaniewscy: Bronisław i Stanisław wrzuceni w wir wydarzeń w obliczu wydarzeń II Wojny Światowej, ale w dwóch zupełnie różnych sytuacjach. Starszy z braci - Bronisław - służy w Wojsku Polskim i już pierwszego września styka się z grozą wojny. Jednak jego oddział zostaje zbombardowany, a przeżywa zaledwie czterech ludzi: Zaniewski, chorąży Chwieduszko, szeregowy Kiljan i kapitan Obelt. Śledzimy zatem losy czterech dzielnych żołnierzy. Co się z nimi stanie? Z drugiej strony mamy zupełnie inny obraz wojny w wykonaniu Stanisława, który wraz z narzeczoną - Marią i jakimś ciemnym typkiem - Holzerem podejmuję ucieczkę na ZACHÓD (tak, tak, obrali na cel Francję) z fałszywą tożsamością. Jak przebiegnie ich podróż? Co będą musieli przejść, aby wydostać się z, zalanego dwoma agresorami, państwa?

Nie jest to łatwa lektura i nie przypadnie do gustu każdemu, ponieważ Remigiusz Mróz wcale nie cacka się z własnym czytelnikiem. Ukazuje obraz II Wojny Światowej tak, jak on wyglądał z perspektywy zwykłego, przeciętnego obywatela Rzeczypospolitej czy starszego sierżanta. Nie obędzie się więc bez typowo wojskowego przeklinania, ran, śmierci czy tortur. Tego akurat znajdziecie w książce dość sporo. Mimo to Pan Mróz potrafi wciągnąć w swoją książkę nawet takiego przerażonego wojną panikarza jak ja. 
Nie przerzucałam kartek, nie pomijałam opisów, czy cokolwiek, choć bardzo zżyłam się z postaciami i czułam się tak, jakbym stała tuż obok nich.

Droga Anitko, drodzy czytelnicy, uprzejmie oświadczam jednak, że nie mam pojęcia dlaczego Leitner stał się takim fenomenem. Jest to jedna z ważniejszych postaci, kapitan Wermachtu, zapatrzony w Hitlera jak ciele, nie licząc może podziału rasowego. Surowy, aczkolwiek jak dla mnie odrobinę... bez wyrazu? Może drugi tom ukaże mi jakąś jego świetlaną przyszłość.
Hm, to może zdziwić, ale ja najbardziej polubiłam Bronka Zaniewskiego i kapitana Obelta (Bełta). Są to postacie świetnie nakreślone, ich historie są pełne zwrotów akcji i emocji. Kibicowałam im najmocniej jak mogłam.

Fabuła jest doskonale zrównoważona, aczkolwiek może irytować to, że praktycznie każdy wątek Mróz kończy niewyjaśnionym wydarzeniem, które ma nas zmusić do czytania dalej. Potwornie irytujące zwłaszcza, że książka ma czterysta stron, a ty chcesz to skończyć w jeden wieczór, bo nie WY-TRZY-MASZ. Nie siedzę w tego typu powieściach, więc autor co i rusz mnie zaskakiwał i obracał wydarzenia tak, że mnie szczęka opadała do kostek i musiałam ją zbierać, powtarzając niewyraźnie: "Nie... nie możesz tego zrobić!".

Pozostaje jeszcze język. Remigiusz Mróz posługuje się językiem pięknym, co może zarówno przeszkadzać jak i podobać się. Książka naprawdę jest napisana dostojnie, być może lekko ulegając archaizacji co do czasów opisywanych, nie wiem - nie czytałam innych powieści autora, choć zamierzam. Jeśli ktoś już ją czytał, bądź jeśli ma zamiar podpowiem, że mnie ten język bardzo pasował do postaci pana Kremmera. Musicie mi wybaczyć, ale ja jeszcze nie do końca doceniam takie przykładowe posługiwanie się językiem polskim, z prostej przyczyny mojej skrytej nienawiści do tekstu archaizowanego np. u Sienkiewicza. Ale dorosnę i do tego. Spokojnie.

Podsumowując, każdy kto jeszcze nie dał się zamrozować powinien dać się ponieść. Parabellum jest powieścią wspaniałą i zaskakującą, dającą bardzo dobry obraz początków II WŚ, ja już zamierza sięgnąć po drugi tom.
Powiem jeszcze coś, co powinno pomóc: Ja nie przepadam za literaturą polską, z prostej przyczyny: nie trawię polskich imion w książkach. Taka przypadłość. (Sapkowski się nie liczy: tam był Geralt!) Zauważcie więc jak pochlebnie wypowiadam się o czymś co jest "nasze", bo Pan Remigiusz dał mi wielką nadzieję na to, że jednak nasi rodacy potrafią tworzyć dzieła równie dobre jak Anglicy czy Amerykanie. Nie spotkawszy się wcześniej z tą książką, zapewne nie sięgnęłabym po dzieło Miłoszewskiego. Więc zachęcam was szczerze, jeśli macie ochotę odzyskać wiarę w polskich pisarzy. 

Dziękuję, dobranoc. 

środa, 25 lutego 2015

Walentynkowy/Miłosny TAG Książkowy

Źródło: [KLIK]

TAG ten został stworzony przez Anitkę z Book Rewievs, którą serdecznie pozdrawiam.
Ja natomiast robię go dzięki Gerd Marvowi, który otagował wszystkich, którzy przetrwają jego niekonwencjonalny filmik, trwający trzydzieści trzy minuty!
Ale przejdźmy do rzeczy... Po głowie chodzi mi "Miłość rośnie wokół nas", a spojrzenie niespokojnie wędruje do biblioteczki, w której książki przestają się mieścić - zaczynamy!

1. Ulubiona historia miłosna?


Trudno mi wybrać ulubioną.
Zdecydowałam się jednak na historię Savannah i Johna.
Wydaje mi się, że za powód tego można uznać świadomość wielu możliwości interpretacji tej historii. Dla niektórych będzie to kolejna, taka sama opowieść Sparksa o miłości. Jednak dla mnie jest to przepiękna historia o wytrwałości, wierności i pokonywaniu różnic, bo przecież bohaterowie pochodzą z innych światów. 





2. Największe książkowe ciacho?

Bezwzględnie i bez chwili zawahania powiem: Jace.
Ten nocny łowca o złotych włosach i złotych oczach, nieprzeciętnie umięśnionym ciele i pięknych Znakach Nocnych Łowców naznaczających je (tak, lubię dziary), od ponad roku króluje na mojej liście najprzystojniejszych facetów wszech czasów.
Mogłabym tu ewentualnie dodać Kaladina - ale nie mam jeszcze prawa o nim mówić, bo nie skończyłam "Drogi królów".




3. Ulubiona książkowa para?


Od początku kibicowałam Charliemu i Sam, choć w efekcie nie wiem czy do końca można ich nazwać "parą".
Ale w powieści został zastosowany zabieg, który ja bardzo lubię, czyli miłość wywodząca się z przyjaźni.
PS Książka porusza ważne tematy takie jak akceptacja, homoseksualizm czy molestowanie - bardzo ją polecam, daje wiele do myślenia.




4. Para, która działa Tobie na nerwy?


Edward i Bella.
Taaa... bardzo się cieszę, że nadeszły czasy, kiedy można spokojnie powiedzieć, że ta książka mi się nie podobała, nawet w czasach swojej wielkiej świetności - a wtedy ją czytałam.
Edwarda jeszcze przeżyję.
Ale jeśli jeszcze raz natknę się na bohaterkę typu Belli to się potnę.
I jakim cudem akurat na nią padł wybór wilkołaka i wampira?
Miłość chyba rzeczywiście jest ślepa. Dosłowenie



5. Klasyka romansu - ulubiona książka?


Niestety tu muszę trochę oszukać, bo klasyki romansu na moim koncie jest wybitnie mało, bo dopiero teraz zaczynam ją czytać.
Uznajmy więc, że fragment przeczytany w tramwaju + ekranizację można uznać za jakąkolwiek znajomość książki, więc w tym pytaniu wybieram "Dumę i uprzedzenie".
Mogę jeszcze wspomnieć o "Katedrze Marii Panny w Paryżu" V. Hugo, ale niestety książka absolutnie nie przypadła mi do gustu, natomiast jej adaptacje już tak: zwłaszcza spektakl z udziałem Garou.



6.  Najsmutniejsza historia miłosna, którą kiedykolwiek przeczytałaś?


Tu będzie odrobinę niekonwencjonalnie.
Znów jestem w moim kuchennym rynsztunku, by bronić się przed gradem zwolenników Peety, ale ja zawsze byłam TEAM GALE.
I chyba w żadnej książce, żadne zdanie nie wyrwało mi serca tak bardzo jak: "
- Wiedziałem, że mnie pocałujesz.
- Niby skąd? – Sama tego nie wiedziałam.
- Bo cierpię – wzdycha. – To jedyny sposób na przyciągnięcie twojej uwagi.
(...)
 – Bez obaw, Katniss, przejdzie mi. "



7. Najlepszy książkowy pocałunek?




Chodzi mi o ten pierwszy, jeśli chodzi o ścisłość.
Nic dodać, nic ująć.







8. Najlepsza miłosna ekranizacja?




No błagam: Hugh Grant i Colin Firth w jednym filmie...
Czy do szczęścia potrzeba czegoś więcej?
Poza tym to taka piękna, taka normalna historia o miłości.
Muszę się w końcu za nią zabrać.





9. Ulubiony autor piszący miłosne historie?

NICHOLAS SPARKS
Dziękuję, dobranoc.

10. Najgorszy romans wszech czasów?


Dwa "związki" z tej części: Cersei i Jamie Lannister oraz
Sansa Stark i Joffrey Baratheon.
Jeden obrzydliwy do szpiku kości...
W drugim bohaterka nie pozostawiająca czytelnikowi nadziei, że kiedyś nabierze wyrazu i chłopak, którego chce się udusić za każdym razem, gdy jego imię pojawia się na kartach powieści.
Ach, ta miłość...




11. "Duma i uprzedzenia" - jaka piosenka kojarzy się Tobie z tą książką?


12. Ostatni romans/historia miłosna, przy której się wzruszyłaś?





"Zostań, jeśli kochasz" Gayle Forman







13. Czerwień - kolor miłości. Ulubiona książka z czerwoną okładką?




"W pierścieniu ognia" Suzanne Collins
Choć z całej trylogii tę część lubię najmniej - poza jedną sceną.
Kiedy to po chłoście Gale leży w domu Katniss, a ona przy nim czuwa.
Coś pięknego!






14. Ulubiona historia miłosna z dzieciństwa?

Odpowiedzi są trzy, a obrazków nie będzie - bardzo mi przykro.
1. Śpiąca królewna i Książę Filip
2. Piękna i Bestia
3. Winx (moje pokolenie się tym jarało. Karteczki!) paring Flora i Helia.

15. Jesteś rozważna czy romantyczna?

Romantyczna. A przez to moje postrzeganie świata sprawia, że jest piękniejszy.

Tyle! Dotarliście do końca!
Taguję każdego, kto prowadzi jakiegokolwiek bloga, a czyta ten post.

wtorek, 24 lutego 2015

Znane/Nieznane - "Harry Potter i kamień filozoficzny" J.K. Rowling

Źródło: [KLIK]
Przyznaję się bez bicia - jest to moje absolutnie pierwsze spotkanie z Harrym Potterem.
Tak, tak... już widzę te wielkie oczy i zdania cisnące się na usta: "Co?!", "Jak to?!", "Niemożliwe!", "Zgiń, przepadnij maro nieczysta!". Spotykam się z nimi mniej więcej od pięciu lat bez przerwy, więc może od razu pospieszę z wyjaśnieniami, dlaczego otworzyłam tę książkę dopiero w wieku osiemnastu lat. 

Jestem osobą, która nie wielu rzeczy się boi - nie oglądam horrorów, bo mnie nudzą (poza jednym gatunkiem), przeżyję krwawą jatkę w filmie, czy dobrze opisane morderstwo w książce, często okrucieństwo traktuję jak coś dramatycznego, co dodaje dreszczyku. Ale od tego są pewne wyjątki.
I takim samym byłam dzieckiem. Nie przerażała mnie bajka o dziewczynie, która wyszła za bogatego szlachcica, a ten nie pozwalał jej wchodzić do jednej, jedynej komnaty, bo tam trzymał trumny ze swoimi poprzednimi żonami. 

Mniej więcej w wieku sześciu lat, kiedy mój brat był w gimnazjum i zafascynował się (po raz pierwszy w życiu, bo on niczego nie czyta) Harrym Potterem, ja nie miałam pomysłu co dać mu na urodziny. I wyobraźcie sobie, że zdarzył się cud - na TVN w "Super kinie" szedł maraton pierwszej i drugiej części właśnie Harry'ego! Zdecydowałam więc, że to nagram, a był to piękny czas kaset VHS. Niestety nasze video należało do takich, które lubią coś pomieszać, więc jak chciałeś coś nagrać, to musiałeś to obejrzeć. I tak sześcioletnia Agatka po raz pierwszy spotkała się z Potterem... który przeraził ją do granic możliwości. Nie pamiętam ile w tym udziału miał Draco Malfoy, ile rozwiązanie zagadki o Kamieniu Filozoficznym, a ile krew na ścianach, rzecz w tym, że po tych dwóch filmach, postanowiłam, że nigdy się tego nie tknę.
Kiedy zaczęło się "Jak to? Nie czytałaś Harry'ego Pottera?!" gdzieś pod koniec podstawówki, pomyślałam, że może jednak się złamie... i wtedy trafiłam na ekranizację "Więźnia Azkabanu", akurat na scenę z wilkołakiem. Miałam wtedy ogromną fazę na wampiry i wilkołaki, więc kiedy zobaczyłam taką wersję mojego ulubionego fantastycznego stworzenia, to myślałam, że rzucę czymś w ten telewizor i stwierdziłam, że jak tak, to my się chyba z Panią Rowling nie polubimy.

No cóż. Minęło pięć lat. A ja cały ten czas, mimo wszystko dość często, biorę udział w rozmowach, słyszę o fickach, i nie mam pojęcia o co w tym chodzi. Nadszedł więc czas, żeby to zmienić.

Wszyscy słyszeli o Harrym Potterze. Chłopcu, który wychowywał się u wujostwa Dursley'ów, szczupłym, w okularach i z blizną na czole, przypominającą błyskawicę - tak przynajmniej byłoby, gdyby to była zwyczajna powieść, o zwyczajnym chłopcu. Harry jednak wcale nie jest zwyczajny, któregoś dnia otrzymuje list, że został przyjęty do Szkoły Magii i Czarodziejstwa - Hogwart. I tu zaczynają się wielkie przygody Harry'ego Pottera. Jak sobie poradzi? Kim tak naprawdę są Ron i Hermiona? Dlaczego Draco Malfoy'a (przynajmniej w tej części) należy nienawidzić? I o co chodzi z tym Kamieniem Filozoficznym? - Tego i jeszcze więcej dowiecie się z książki.

Co myśli o niej osoba, która rękami i nogami wzbraniała się, żeby jej nie przeczytać?
Żałuje. Żałuje, że przekonała się tak późno (i że w domu ma tylko dwa tomy).

Jeśli jesteś takim ewenementem jak ja i nigdy nie sięgnąłeś po przygody Pottera, może przekona cię to jedno zdanie moich przemyśleń:
Czytając tę powieść czujesz się tak, jakbyś od zawsze czekał na tę historię, choć nie znałeś jej bohaterów, fabuły... nic o niej nie wiedziałeś. Jednak z każdą kolejną stroną zdajesz sobie sprawę, że gdybyś nigdy jej nie przeczytał, brakowałoby jakiejś nowej cząstki ciebie.

Historia autorstwa Pani Rowling jest zupełnie inaczej przedstawiona niż film. Czyta się ją nadzwyczaj szybko i przyjemnie, ma w sobie niespotykane ciepło, prawie bajkowe.
Mam osiemnaście lat, a jednak czytając tę książkę, nie miałam najmniejszego problemu, aby wdrożyć się w akcję, poznać Hogwart, zaprzyjaźnić z bohaterami - ani ich wiek, ani wiek czytelnika nie gra tu żadnej roli.
Sam pomysł autorki powala na kolana i ukazuje jej ogromną wyobraźnię. Ma się przemożne wrażenie, jakby tą powieścią chciała rozłożyć nad czytelnikiem taki klosz i choć przez chwilę obronić go przed dzisiejszym światem.
Bohaterowie są świetnie skonstruowani. Każde z dzieci jest inne, każde ma swoje wady i zalety - to jest coś co ja bardzo doceniam - oni po prostu są realistyczni. Gdybym zobaczyła Hermionę na ulicach Londynu, zapewne minęłabym ją obojętnie, nie olśniła by mnie, nie wiedziałabym też, że jest czarodziejką, bo jest taka jak każdy inny człowiek. Ponadto składam pokłony za Draco Malfoy'a - dawno nie było postaci, którą tak od razu bym znienawidziła, jest idealnym obrazem dziecka, które lubi wyżywać się na innych, a ja coś o tym wiem.
Fabuła jest wartka, trochę bajkowa, choć nie pędząca na łeb, na szyję. Został tu zastosowany zabieg, który ja bardzo lubię - wchodzimy w ten magiczny świat razem z protagonistą, wiemy tyle ile on, razem z nim wybieramy różdżkę, czy czujemy na karku spojrzenie Snape'a, co bardzo ułatwia utożsamienie się z nim.
Natomiast dzięki temu ciepłu, o którym wspominałam już wcześniej nie możemy, a właściwie - nie chcemy odrywać się od książki. Można by rzec, że jest niedzisiejsza; nie traktuje bowiem o wielkich pieniądzach, wielkiej miłości, czy wielkich sukcesach, opowiada o życiu tak bardzo podobnym nam, tyle że ze szczyptą magii, a ona dodaje powieści ogromnego uroku.
I tu powiem od razu, że jeszcze nie sięgnęłam po film, choć wiem, że już bym się nie bała.
Boję się natomiast czegoś innego, że ta mroczność filmu - bo właśnie w taki sposób jest on kreowany, na bardziej tajemniczy i mroczny niż powieść - mogłaby mi zepsuć to przyjemne ciepło, które wciąż unosi się jeszcze w mojej klatce piersiowej, w okolicach serca. 
Może kiedyś się przekonam?

Źródło:[KLIK]
Podsumowując, jeżeli jeszcze nie sięgnąłeś po książkę, to bardzo do tego zachęcam, ale (!) nie rób tego, jeśli nie poczujesz, że ta historia cię pociąga, że coś cię w niej przywołuje. 
Wiele razy słyszałam, jak moje koleżanki i koledzy powtarzają, że chcieliby dostać taki list jak Harry - przyjęcie do Hogwartu. Ja mam wrażenie, że listem jest ta dziwna chęć, która nagle pojawia się i która nakłania do sięgnięcia po książkę - mimo wszystko, kiedy naprawdę uda się nam "wejść" w powieść, to prawie tak, jakbyśmy ramię w ramię z Harrym znaleźli się w Szkole Magii i Czarodziejstwa.
A granica między wyobraźnią a prawdą... jest niezwykle ruchoma.
Może da się ją przebyć na latającej miotle?

A co wy myślicie o tej książce? Czytaliście ją już? Ile razy?

CZYTAJCIE, KOMENTUJCIE I PODAJCIE DALEJ! 

poniedziałek, 23 lutego 2015

Moim skromnym zdaniem... o marzeniach

Oscary obejrzane.
Cztery bite godziny siedzenia przed telewizorem, głównie po to, by dowiedzieć się, że statuetkę za najlepszy film dostaje jedyna produkcja, do której pasują takie określenia jak: "pod publiczkę", "oklepane żarty", "stereotyp zbuntowanej nastolatki" (o ile w ogóle córkę Birdmana można jeszcze nazwać nastolatką), bowiem ten film porusza trzy tematy, które zawsze przyciągną Amerykanów: superbohatera, porażkę i nadzieję.
Pomimo tego zawodu nie uważam tej zarwanej nocy za straconą; jestem dumna z moich rodaków za "Idę", cieszy mnie zwycięstwo "Glory" jako najlepszej piosenki, podziwiam Garahama Moore'a ("Gra tajemnic") za przemówienie po otrzymaniu Oscara za najlepszy scenariusz 
adaptowany, biję pokłony za docenienie Whiplasha (najlepszy montaż oraz najlepszy aktor drugoplanowy) i skaczę pod sufit, że to Eddie Redmayne został najlepszym aktorem, choć szkoda mi odrobinę Benedicta Cumberbatcha i Bradley'a Coopera, bo na nich stawiałam - ukazali się w nominowanych filmach w swoich niecodziennych sylwetkach. Uwierzcie mi, że tylko nadzieja, że w tym roku Akademia dostrzeże piękno właśnie w tych niebanalnych filmach jak "Gra tajemnic", "Foxcatcher", "Teoria wszystkiego", "Snajper", "Whiplash" czy powiedzmy - jako niecodzienny twór - "Grand Budapest Hotel", nie pozwalała mi zasnąć do szóstej rano. No i może jeszcze ciśnienie podniesione przez rude babsko, które wykłócało się podczas przerw, że "Birdman" jest objawieniem. Pozostawmy to bez komentarza.

Po tym przydługim wstępie, w którym mogliście trochę bliżej poznać mój gust filmowy (który jest tylko moim gustem filmowym i nie zamierzam niczego w nim zmieniać, tylko dlatego, że komuś z was on nie odpowiada), przejdźmy do tematu przewodniego, który zapewne nie pojawiłby się, gdyby nie wczorajsza Gala Oscarowa.

Źródło: [KLIK]

Jestem osobą strasznie emocjonalną i wzruszają mnie różne dziwne rzeczy. Jedną z nich są sytuacje, kiedy ludzie spełniają marzenia. Nie zdradzę wam ile razy płakałam na "The Voice of Poland", bo nie zdołam tego policzyć, ale na wczorajszej Gali ryczałam chyba, ze cztery albo pięć razy. 


Czy nie jest czasami tak, że w książkach życie wydaje się takie idealne? Schemat zazwyczaj wygląda tak: protagonista ma cel, marzenie (może to być miłość, osiągnięcie kariery muzycznej czy cokolwiek), następnie ktoś motywuje go do realizacji, on się za to bierze, z początku niechętnie, nie wierzy w siebie... ale potem coraz bardziej się wkręca i akcja nabiera rozpędu, dalej mamy wielkie załamanie; coś poszło nie tak, jest wielka porażka, zamęt i łkanie, już jesteśmy pewni, że nic z tego nie będzie, gdy nagle... nasz bohater powstaje jak feniks z popiołów i osiąga swój WIELKI CEL! Mamy Happy End.

Tyle, że w życiu nie zawsze są Happy Endy.
No dobra, jestem okropna. Ale ja wcale nie chcę wam mówić, że nie dacie rady. Chcę wam powiedzieć coś dokładnie odwrotnego.
Ja nie mam normalnych zainteresowań. Prawdopodobieństwo tego, że zrobiłabym doktorat z chemii, fizyki, biologii, a już szczególnie MATEMATYKI, jest tak samo duże jak to, że genetycznie zmodyfikowany kot zawładnie światem w ciągu najbliższych trzech dni - czyli prawie żadne. Jeśli chodzi o przedmioty humanistyczne to tu mamy rzecz dość zabawną: Starożytność - tak, Średniowiecze - nie przepadam, nudzi mnie, Renesans - tak, Barok - nigdy w życiu, Oświecenie - nuda, Romantyzm - moja miłość (więcej nie przerobiliśmy z języka polskiego, więc następne epoki to zamiłowanie tylko pod kątem historycznym), XIX w. - nie najgorzej, jakoś to zniosę, XX w. - to jest mój żywioł! Wojny, Dwudziestolecie międzywojenne, komuna, czy Nowożytność to jest COŚ. Właściwie, jeśli spytalibyście mnie o "moją ulubioną rzecz" (jeśli nie oglądaliście "Dźwięków muzyki" - żałujcie), to odpowiedziałabym: FILM, a zaraz dodała: KSIĄŻKA. 

Bo ja zawsze marzyłam, że napiszę książką, która zostanie zekranizowana. A od ponad roku reżyseruję przedstawienia charytatywne w mojej szkole. Film byłby więc moim żywiołem, czyż nie? Albo literatura! 

I teraz spotykamy się z bardzo smutnym zdaniem naszych czasów: TO NIE PRZYNIESIE CI CHLEBA. 
Mieszkamy w państwie, w którym o doceniane "naszego" jest trudno. Jakoś od lat sześćdziesiątych działa na nas American Dream i sama przyznaję, że czasami sobie myślę, że urodzić się Amerykanką byłoby lepiej, bo tam łatwiej się wybić.
Tyle, że dziś w nocy doszło do mnie, że to nie prawda. 

Czego dziś w nocy dokonał Paweł Pawlikowski?  

To nie był fart, ani litość nad polaczkami. To był kawał dobrej roboty, odważne podejście do tematu, a przede wszystkim oryginalność. 
Ten facet przecież dziesięć lat temu, czy więcej, też musiał o czymś marzyć?
A co z Grahamem Moorem, który w wieku 16 lat chciał popełnić samobójstwo, bo nie pasował, bo był inny? Teraz trzyma w ręku Oskara za najlepszy scenariusz.

Wiecie w czym oni są lepsi ode mnie (przynajmniej na tę chwilę)?
Mieli ODWAGĘ.
Tak, tak, właśnie ODWAGĘ, aby iść pod prąd. 

Dlaczego podziwiamy głównych bohaterów? Zwykle właśnie dlatego, że wykazują się męstwem i odwagą i dokonują olśniewających czynów.

Nie bójmy się marzyć. Nie bójmy się dążyć do własnych celów.
Nie zawsze pieprzenie o chlebie jest najważniejsze. Nie zawsze rodzice mają rację.

"Czasami to ludzie, którzy nie pobudzają niczyjej wyobraźni robią rzeczy, których nikt nie potrafi sobie wyobrazić"  
"Gra tajemnic"

sobota, 21 lutego 2015

"Zbuntowana" Veronica Roth

Źródło: [KLIK]

Jestem już trochę bardziej żywa, więc siadam i piszę. 

Oczywiście wciąż możecie podawać propozycje pod poprzednim postem.

OPINIA ZAWIERA NIEWIELKIE SPOILERY - JEŚLI NIE CZYTAŁEŚ PIERWSZEJ CZĘŚCI TRYLOGII - NIE NALEŻY JEJ CZYTAĆ. 

Ostrzegam, że jeżeli jesteście największymi fanami tego tomu, a nie chcecie się denerwować (ja dzisiaj trafiłam na stary odcinek Top Model i myślałam, że mnie krew zaleje <tak to jest się wczuwać>, na szczęście w tym samym czasie puszczają Scooby'ego Doo), to to nie jest recenzja dla was.

"Zbuntowana" jest drugim tomem trylogii "Niezgodna". Akcja rozpoczyna się dosłownie zaraz po zakończeniu pierwszej części - właściwie jeśliby je połączyć, to zupełnie nie zauważylibyśmy gdzie zaczyna się drugi tom. Tobias, Tris, Caleb, Peter i Marcus uciekają do frakcji Serdecznych, aby chronić się przed Erudytami. Nie znajdą tam jednak schronienia na długo. Gdzie bohaterowie znajdą ostoję? Kto będzie musiał się poświęcić, a kto się uchowa? Co się stanie z życiem Tris?

Wiem, że moja poprzednia opinia wzbudziła kontrowersję. Gdyby zrobić wykres moich wrażeń o tej trylogii miałby on kształt litery J, a "Zbuntowana" mieści się niestety w najniższym punkcie.

Ale zacznijmy od plusów. Dobry pomysł z ucieczką do serdeczności, dobra postać Johanny (jeszcze ją poznacie, jeśli nie czytaliście) - właściwie druga drugoplanowa naprawdę świetnie skonstruowana postać w tej serii. Ślę pokłony za to, co autorka zrobiła z Calebem, bo mimo iż miałam zaspoilerowane co się wydarzy, czytało mi się to z ogromną przyjemnością. Kolejny wielki plus za "złola", czyli Jeanine, która w tym tomie pojawia się o wiele częściej i daje zdecydowanie więcej powodów do tego, by jej nie lubić i za Petera, który ukaże nam odrobinę więcej niż czubek noża. I na koniec: dobry styl - trochę płaski, ale jako lekkie czytadło, na wydech pomiędzy "powieściami życia" może być.

No... tyle, że na tym plusy się kończą. O ile w pierwszym Tomie tolerowałam postać Tris, a nawet momentami potrafiła mnie zaskoczyć, o tyle w tym tomie chciałam ją zagryźć. Denerwowała mnie do granic możliwości. Rozumiem, że przeżyła tragedię, ale psychika człowieka nie działa w sposób aż tak autodestrukcyjny, zwłaszcza jeżeli mamy wokół siebie, aż tyle powodów by żyć. Wiem, że myślicie inaczej, bo przecież ile razy w filmach i serialach widzieliście te dramatyczne chwile, kiedy główny bohater poddawał się i już nie mógł? No cóż... tyle, że to skrajne przypadki depresji. Adrenalina pozwala nie myśleć, prawie tak samo jak antydepresanty. Czy Tris ma depresję? No cóż, to by przynajmniej co nieco tłumaczyło.
Postać Tobiasa też mnie nie do końca satysfakcjonuje: chłopak mówi jedno, sprzeciwia się zachowaniu Tris, a i tak idzie za nią ślepo jak szczeniak. W końcu i tak robi wszystko, żeby jej pomóc. Powiecie: TO MIŁOŚĆ. A ja odpowiem: Za każdym razem kiedy groził jej zerwaniem, kibicowałam mu, żeby to zrobił.
Przykro mi trochę, że sceny kulminacyjne niczym mnie nie zaskoczyły. Powinnam mieć żołądek wywrócony o 180 stopni i płakać jak bóbr, a siedziałam powtarzając w myślach:
<sarkazm> "Teraz stanie się to... (po upłynięciu chwili czasu) No proszę, stało się!" </sarkazm>.

No i dobra, nie męczmy tego już. "Zbuntowana" podobała mi się najmniej, głównie dlatego, że nie miałam ani śladu zaskoczenia. W jednym z komentarzy powiedziałam, że przy czytaniu polegam na emocjach, bo one są zawsze. Tu było ich wybitnie mało, a przebijała się nuda.
Szczerze powiedziawszy uważam, że tak dobra aktorka jak Shailene Woodley, wiele dodaje do tej roli, ale nawet ona nie wiele potrafi z nią zrobić.

Ale powiem jedno: Musicie przeczytać tę książkę. Niezależnie od tego, czy będziecie mieć takie wrażenia jak ja (siedzę w tym gatunku dość długo i pewnie dlatego tak mało mnie zaskakuje), czy będziecie zachwyceni jak wielu moich znajomych. Bowiem "Wierna" wynagrodzi wam wszystko. Uwierzcie mi. 

 A co wy myślicie o tej książce? 

CZYTAJCIE, KOMENTUJCIE I PODAJCIE DALEJ!

Idę dalej umierać pod kocem. Nie macie pojęcia ile w ciągu jednej soboty idzie serialów kryminalnych. Oglądacie któryś?
Poza tym, OMG już jutro w nocy OSCARY! Czekacie do 1:55?